Virga, część II

część II – W innej skali


 Jakiś czas później po wydarzeniach z pierwszej części

~1. Znów w bibliotece~

Zamknąłem książkę i odłożyłem ją na nocną szafkę. Leżałem z rękami pod głową, wpatrując się w okno za którym po granatowej czerni mknęły postrzępione chmury. W kilka wieczorów, przyznam, że trochę się do tego przymuszając skończyłem książkę „76 pobudek Zegarmistrza Ilczenki”, przymuszać zaś musiałem się dlatego, iż książka nie traktowała, jak z początku sądziłem o pobudkach które kierowały mistrzem podczas pracy nad wynalazkami, a jedynie, nie uwierzycie – o jego zwykłych porannych pobudkach, dobre sobie! Autor ani słowem nawet się nie zająknął o najmniejszym chociażby zegareczku, nie było więc i mowy o  większych mechanizmach i wynalazkach – w tym oczywiście i o Virdze. Książka okazała się miernym czytadłem, nie skupiając się w ogóle na zegarmistrzowskiej i wynalazczej karierze Ilczenki, a opisując jedynie jakieś jego poranki, pobudki i niezdrową (to już sobie akurat sam dopowiedziałem) fascynację ulicznymi dziewczętami. Bóg jeden raczył wiedzieć czy to wszystko co przeczytałem w ogóle było prawdą, czy jedynie bajaniem autora. Nie bardzo mogłem zrozumieć po co ktoś coś takiego napisał, kogo i dlaczego mogłoby to zainteresować… Tak rozmyślając wciąż patrzyłem w okno, próbując gonić wzrokiem granatowe strzępy, aż wreszcie sam nie wiem ile to trwało – zasnąłem – w nocy śniło mi się, że się budziłem, potem znowu zasypiałem i znów budziłem i naprawdę sam już nie wiedziałem czy jeszcze jestem we śnie czy to już jawa mnie dopadła. Męczyłem się tej nocy okrutnie.

virga, stegobium paniceumNa drugi dzień rano krzątałem się jak zwykle po kuchni, wciąż się jednak trochę lękając czy aby na pewno jużem się skutecznie obudził do prawdziwej i jedynej mej rzeczywistości – i aby jakoś wskoczyć w tory nowego dnia włączyłem radio. Lubię kiedy ktoś do mnie rano mówi, byle by nie domagał się mojej umysłowej aktywności i zainteresowania. Akurat był wywiad z bardzo dobrym, znanym aktorem, który w życiu prywatnym zajmował się byciem całkowitym idiotą i wypowiadaniem się na tematy o jakich z racji swego zawodu i ogólnej kondycji intelektualnej pojęcia nie miał i mieć nie mógł, i podejrzewam że był to prawdopodobnie jeden z ważniejszych powodów, z których z całych sił starano się go namaścić na wielki społeczny autorytet. Bardzo wartościowa rzecz taki wywiad, muszę przyznać, aż wynotowałem sobie w kajeciku kilka co lepszych cytatów. Później była zupełnie dla mnie nieinteresująca audycja dla przedsiębiorców, lecz słuchałem dalej już tylko dla samego monotonnego radiogadania, w treść nie wnikając zanadto i tylko mimowolnie usłyszałem kiedy Pan redaktor twierdził, że jeśli miałby już do czegoś porównywać działania jakie podejmują kadry zarządzające w średniej wielkości przedsiębiorstwach to najpewniej byłby to tonący okręt, pękająca podstępnie skorupa, której kadra oficerska miast ratować załogę i jednostkę, z uśmiechem na ustach wydaje coraz to nowe zarządzenia dotyczące malowania sterówki na wesołe, miłe dla oka kolory co miałoby niby uprzyjemnić marynarskiej braci oczekiwanie na zbliżającą się nieuchronnie katastrofę. Potem redaktor rozwodził się długo nad sensownością takich działań, ale przestałem go słuchać, miał bowiem zbyt monotonny głos, dźwięki radia przyciągnęły mą uwagę ponownie dopiero wtedy gdy audycja się skończyła i podawano aktualną datę i godzinę, a gdy już miano zapowiedzieć pogodę na rozpoczynający się dopiero dzień, do audycji wdarły się jakieś szumy i trzaski – to jeden z wróbli (Passer domesticus) zamieszkałych w mojej kuchni (zdaje się, że już kiedyś o tym wspominałem) bezczelnie przysiadł na radiowej antenie, własnym niewielkim ciałem powodując zakłócenia odbioru a resztę zrozumiałych dźwięków zagłuszając wdzięcznem swem ćwierkaniem.

W tym momencie, wśród szczebiotu ptaszęcia, dotarło do mnie co powiedział tuż przed zakłóceniem głos z radia a to obudziło mnie kompletnie, doszczętnie i nagle! Chryste, DATA! Okazało się, że jest kilka dni później niż myślałem! W trakcie czytania „76 pobudek Zegarmistrza Ilczenki” musiało mi jakoś umknąć kilka dni, książka miała najwyraźniej działanie nasenne – przypominam: książka o pobudkach, na Boga! Jak to możliwe, że umknęły mi te dni, jak mogłem niczego nie zauważyć?! Takie opóźnienie oznaczało zaś jedno – nieodwołalnie upłynął termin zwrotu książek do biblioteki i na pewno zostanie na mnie nałożona sroga, choć nie mam wątpliwości, że sprawiedliwa kara! I to już po raz kolejny! W te pędy więc wzułem trzewiki i chyżo pognałem do biblioteki. Mijając w pędzie szatnię cisnąłem kurtkę na kołek trzynasty (mój ulubiony – szczęśliwie znów wolny!) i biegnąc dalej zatrzymałem się dopiero w głównej sali bibliotecznej przy biurku Pana Kazimierza i Pana Władysława – Pan Władysław przyłożył palec do ust dając mi znak bym był cicho, spojrzeniem wskazując na swojego współpracownika i szepnął:

– Ciii…. kolega jest na zwolnieniu lekarskim, zaniemógł biedak przedwczoraj a wczoraj byliśmy u lekarza.

Faktycznie, Pan Kazimierz nie wyglądał najlepiej – okutany w służbowy szlafrok, nogi moczył w gorącej wodzie i co chwilę wydmuchiwał nos wodząc po ścianach nieprzytomnym, szklanym spojrzeniem.

– Powinien iść do domu, ale rozumie Pan jak to jest… Ja muszę zostać dłużej, za niego, mamy mnóstwo papierkowej roboty i exlibrisy do wklejenia. Muszę zostać a wiadomo jak sprawa wygląda, Kazimierz sam do domu niestety nie pójdzie, raz że bym go nie puścił z powodu osłabienia, a dwa – ta nasza krawiecka przypadłość…. – rozłożył bezradnie ręce.

W tym momencie chory zraślak gwałtownie pozieleniał na twarzy i obaj bibliotekarze wybiegli do ubikacji, a ja czekałem cierpliwie przeglądając leżące na biurku niedawno oddane książki. Kiedy obaj wrócili Kazimierz był bledszy niż wcześniej, natomiast Władysław miał ogromne oczy i wyglądał jakby chciał zapomnieć o czymś co zobaczył, a czego zobaczyć nie miał ochoty. Chwilę milczeli unikając się wzrokiem, potem chory owinął sobie głowę szalikiem i chyba zasnął, a ja podałem zdrowemu przetrzymane książki.

– Oho! Mamy tu przekroczony termin – powiedział cicho, by nie obudzić chorego, i przesunął znajdujący się na biurku przełącznik – zapaliła się wtedy za nim czerwona żaróweczka z tabliczką „ACHTUNG! Przetrzymana książka”. Drugiego przełącznika z sygnałem dźwiękowym z wiadomych względów nie włączył.

– Właśnie, najmocniej przepraszam, zupełnie zapomniałem, zwykle bardzo tego pilnuję i wszystkie terminy skrzętnie notuję w kalendarzu – wyszeptałem.

Bibliotekarz pokręcił z dezaprobatą głową, po czym wyjął z szuflady liczydło i zaczął wyliczać karę, stosując do tego skomplikowany wzór – sprawdził ilość stronic w wypożyczonych książkach, podzielił je przez ilość dni po terminie zwrotu, przemnożył przez mój wiek i odjął ilość obecnych przy oddaniu pracowników bibliotecznych a na koniec wszystko zamknął w pięknym nawiasie, prędko obliczył i otrzymany wynik przemnożył przez (tu chwilę jeździł palcem po kartce zatytułowanej „wskaźniki biblioteczne”) jakiś specjalny (a przynajmniej miałem taką nadzieję) wskaźnik biblioteczny. Później szybko przesunął kilka paciorków na liczydle, chwilę w nie patrzył, spojrzał znowu do kartki ze wskaźnikami, puknął palcem w liczydło, wreszcie spojrzał na mnie znad okularów i powiedział:

– I wszystko już jasne… To będzie… dwa złote i pięćdziesiąt osiem groszy za przetrzymanie książek…

– O! To dokładnie tyle ile się spodziewałem! – odetchnąłem z ulgą i starannie odliczyłem żądaną sumę.

– …i dziesięć złotych dobrowolnej składki na walkę ze szkodnikami bibliotecznymi – tu podsunął mi dyskretnie broszurę „Szkody, niecności i okropieństwa powodowane przez rozmaite insekta w materyalnych dobrach kultury”.

Na okładce tejże widniały zdjęcia sygnalityczne wyciągnięte z rejestru przestępców bibliotecznych. Każde ze zdjęć było opisane: na pierwszym Żywiak Chlebowiec (Stegobium paniceum) o inteligentnym lecz bezlitosnym spojrzeniu, bezczelnie uśmiechnięty w stronę obiektywu Pustosz Kradnik (Ptinus fur) i Kołatek Domowy (Anobium punctatum) o nalanej twarzy nieszczególnie skażonej inteligencją – na widok tych bandziorów, indywiduów, łobuzów, rozrabiaków, gagatków, szelm, hultajów, drapichrustów i łapserdaków, urwipołci i nicponi, łotrzyków i zabijaków, obwiesiów i rozbisurmanionych papierniczych huncwotów czym prędzej wysupłałem dziesięć złotych i cisnąłem je w stronę bibliotekarza:

– Panie! Natychmiast zabierz Pan te okropieństwa z moich oczu! Klnę się na Boga, nigdy więcej nie śmiem przetrzymać mienia bibliotecznego, mam ci ja nauczkę!

virga, ptinus furMój krzyk znów obudził Pana Kazimierza a obudzony znów musiał pilnie wybiec wraz z przyszytym do niego, stawiającym lekki opór Władysławem – zostałem znów sam – tego dnia niczego nie wypożyczyłem, wróciłem do domu i od wieczora przeglądałem swoje zbiory biblioteczne zdjęty strachem czy aby nie padłem już ofiarą owadziego gangu… Skończyłem rano. Dzięki Bogu – wyglądało na to, że byłem czysty.

~2. W innej skali~

Po wstrząsie wywołanym broszurą przez długi czas moja stopa nie postała na bibliotecznym gruncie, szczerze mówiąc zapomniałem nawet czego ja właściwie tam szukałem – dopiero jakiś czas później przypomniałem sobie o Virdze, a stało się dzięki pewnemu spotkaniu. Otóż podczas pewnego spaceru spotkałem na rogu ulicy Odrzańskiej i Sopockiej, idącego od strony domu kultury, mojego znajomego – Pana Kayetana Przedkrzewskiego. Jegomość ten to niezwykle szanowany znawca dziejów Rudy Pabianickiej i istna kopalnia wiedzy na temat maszyn latających, metaloplastyki i wielu innych dziedzin wiedzy. Można by bez przesady rzec, że jest on dla Rudy Pabianickiej tym, kim był Leonardo Da Vinci dla największych dworów renesansowej Europy.

Podczas rozmowy Pan Kayetan zaprosił mnie do swojej pracowni z zamiarem pokazania mi swoich najnowszych prac, więc na drugi dzień udałem się do bloków wojskowych gdzie imć Kayetan mieszkał, po sąsiedzku zresztą z Jeżem Tomaszem. Ogromna pracownia, którą Kayetan wzniósł na łąkach za blokami, robiła na mnie zawsze duże wrażenie – zawalona była rozmaitymi częściami i modelami samolotów, i kiedy tam wszedłem, uległem temu samemu złudzeniu co zwykle – gospodarz krzątający się w roboczym fartuchu pośród swych modeli wydawał się cztery razy mniejszy niż był naprawdę. O tym, że było to tylko złudzenie wiedziałem doskonale – wynikało ono z tego że wszystkie modele samolotów jakie wyszły spod ręki Kayetana były odwzorowane w skali 4:1 – modele te były zatem cztery razy większe niż ich prawdziwe odpowiedniki, dzięki czemu cała monumentalna ekspozycja robiła niesamowite wrażenie i jednocześnie pozwalała zapoznać się słabiej widzącym gościom z lotnictwem i to bez potrzeby używania okularów! Czyż to nie wspaniałe? Pana Przedkrzewskiego zastałem akurat przy pracy gdy cztery razy większym niż zwykły kluczem francuskim dokręcał coś pod ogromnym kokpitem. Ten niezwykły i pełen charyzmy człowiek zaraził swymi licznymi pasjami wielu młodych rudzian – często można było spotkać w jego warsztacie grupki młodzieży z różnymi cztery razy większymi niż normalnie rzeczami pomagające w tworzeniu nowych modeli – było to zajęcie odciągające młodzież od wątpliwych zabaw i niecnych pokus jakie zwykle czyhają na młodych ludzi.

virga, anobium punctatumOglądaliśmy właśnie nowo powstający samolot An-2 popularnie nazywany „Antkiem”, rzecz jasna cztery razy większy niż oryginał – niewątpliwie musiał to być największy model największego seryjnie produkowanego jednosilnikowego dwupłatowca, kiedy mój wzrok padł na przykrytą brezentowymi płachtami najwyraźniej nieskończoną gigantyczną machinę o podłużnym, wrzecionowatym kształcie – obłe stalowe cygaro, bez żadnych skrzydeł – rozpoznałem ten kształt od razu, to była Ona, choć czterokrotnie przeskalowana! – Virga! Dobry Boże! Stała tam, najwyraźniej zapomniana, biedny, porzucony projekt jednej z najbardziej tajemniczych maszyn Rudy Pabianickiej.

– Panie Kayetanie, skąd to? Jak? Dobry Boże, nic nie rozumiem! – wyrzuciłem z siebie jak tylko zdołałem się odpowietrzyć po szoku jakiego doznałem na widok modelu.

– Poznaje Pan? Tak, tak, to Virga Ilczenki – machnął ręką – To było moje marzenie, ale nie dane mi było jej ukończyć, wie Pan, brak dokumentacji, udało mi się z nielicznych zdjęć i własnej pamięci odtworzyć jedynie zewnętrzny wygląd, na temat wnętrza i mechanizmów nie wiem nic, i raczej nie zanosi się na to bym czegoś mógł się dowiedzieć, Ilczenki już nie ma, projektów chyba nie zostawił, a przynajmniej mi nie udało się wpaść na ich trop – tak więc klapa, klops i fiasko! – zakończył nagle posmutniawszy.

– Pewnie, że poznaję, kto z Rudy mógłby jej nie poznać! Ale Panie Kayetanie, Ona tu stoi! Pan ją… odtwarzał, rekonstruował, do życia chciał przywrócić! I to w jakiej skali! Doprawdy imponujące! A mnie niezwykle ta maszyna interesuje – bom i ja miał szczęście ją kiedyś dawno temu widzieć, rad bym się czegoś więcej na jej temat dowiedzieć i widzę że co prawda przypadkiem, ale dobrze trafiłem…

– Virga była ostatnią pracą Ilczenki, wie Pan, kiedy Mistrz już… – tu popukał się znacząco w skroń – Była dziwna i piękna jednocześnie, dziś to może nic dziwnego, ale w tamtych czasach nikt nie robił maszyn nie służących do niczego, a już na pewno nie o takim stopniu komplikacji – obliczyłem że we wnętrzu musiały się kręcić setki tysięcy mikroskopijnych kółek zębatych, napędzanych milionem sprężyn, nie mam pojęcia w jaki sposób to wszystko się samonakręcało, być może wykorzystywało ruchy powietrza… Może wahniki? – ale nie sądzę, za duża waga… choć charakterystyka lotu mogłaby na to wskazywać. Jedyne co wiem na pewno to, że nigdy nie lądowała, On tego prawdopodobnie nawet nie przewidywał, miała tylko latać, więc latała niestrudzenie. Czemu? I do diabła – jak?! – bez skrzydeł, bez śmigieł? Nie wiem, sam nie wiem… – spojrzał znad okularów na ogromny model – wie Pan, wygląda na to, że ona po prostu miała nas radować, podobać się, przyzna Pan, że szczególnie w ładną pogodę wyglądało to widowiskowo ze względu na to, jak błyszczała, ten model tego oczywiście nie oddaje, nie miałem czasu tego polerować, to są ogromne powierzchnie jak Pan widzi… Myślę, że On to zrobił tylko po to byśmy ją widząc, pamiętali o nim, wie Pan – takie ostatnie słowo, pokaz kunsztu, być może pożegnanie, a może tylko zegarmistrzowski psikus, lubię tak myśleć, bo sam nie wiem po co to było, ale było – unosiło się to wrzeciono nad naszym niebem i pewnie unosiło by się do dziś, gdyby nie tamten wypadek…

– Ja go widziałem…

– Ilczenkę?

– Nie, to znaczy jego też oczywiście, ale widziałem tamten wypadek…

– Co Pan mówi?! Co się tam wydarzyło? Ja byłem na miejscu już po fakcie kiedy się dowiedziałem o całym zajściu, nikt przecież nie wiedział co się stało, myśmy mogli tylko podejrzewać, domyślać się…

– I ja tego nie wiem, widziałem jedynie jej ostatni lot i to wszystko…

– Wie Pan, myśmy podejrzewali, że przy tym stopniu komplikacji maszyny któreś z kółek zębatych toczonych przecież ręcznie przez mistrza – a w tych czasach niezwykle trudno było bez współczesnych komputerów o taką precyzję – musiało dość do powielanej z każdym obrotem jakiejś aberracji, która przez lata namnażała się we wnętrzu mechanizmu, aż w końcu nawet i wbudowane ilczenkowe korygatory i rotacyjne stabilizatory, też wszak oparte na jego autorskich łożyskach nie mogły już zniwelować błędu, no i stało się to co się stało, niech Pan opowie mi co Pan widział i jak to wyglądało, bardzom ciekaw – lata nad tym spędziłem – pokazał na rozbebeszony model gargantuicznej Virgi

– I ja tak myślę – teraz jak Pan o tym powiedział, to faktycznie mogło tak być… Suma tysięcy małych błędów nakładających się latami na siebie… No dobrze, przy następnej okazji opowiem Panu jak to było, ja ją przecież wtedy widziałem ostatni…

Koniec części drugiej.

~

PS. A dla wytrwałych, którzy dobrnęli do tego miejsca i mieli by ochotę poczytać coś jeszcze – umieszczam fragmenty książki, o której mówiłem – „76 Pobudek Zegarmistrza Ilczenki” autorstwa Tadeusza Dzika-Jerżyńskiego: KLIK!

76 pobudek

Tadeusz Dzik-Jerżyński

„76 pobudek Zegarmistrza Ilczenki”

(fragmenty)

 ~Pobudka szósta~

Zegarmistrz Ilczenko obudził się w doskonałym nastroju – ledwo otworzył oczy, kiedy po głowie przebiegł mu tabun niezwykle optymistycznych myśli, nie przeganiał ich, ani nie starał się ich uporządkować pozwalając przeskakiwać jednej przez drugą, podczas gdy trzecia turlała się wokół czwartej, piąta i szósta zderzały się ze sobą, co spowodowało powstanie siódmej, ósma zrobiła logicznego fikołka zamieniając się w myśl dziewiątą i tak dalej, aż wkrótce doszło do czegoś w rodzaju optymistycznej reakcji łańcuchowej. Nie mogąc już znieść rozpierającej go energii, gotowy na całkiem nowy i potencjalnie najlepszy dzień swojego życia Ilczenko wyskoczył z łóżka, szybko zrobił pięć przysiadów i energicznym ruchem rozsunął zasłony – światło słoneczne natychmiast wlało się do sypialni i po chwili wesołe promyki bezlitośnie rozprawiły się z kryjącymi się po ciemnych kątach spłoszonymi resztkami senności. Ilczenko wyjrzał przez okno, pogoda była przepiękna, choć mogłoby być ciut chłodniej, ale pomyślał, że grzechem było by narzekać na to w tak uroczy dzień. Przejeżdżające czerwone tramwaje (a tego dnia była to czerwień jeszcze bardziej soczysta niż zwykle) podzwaniały wesoło a dźwięk ten mieszał się z wybuchającymi z nagła awanturami wszczynanymi przez stadka wesołych wróbli, które obsiadły dolne partie drzew rosnących przed kamienicą Ilczenki. Na wyższych gałęziach, rozsiadły się czerwonodziobe kurpiki przyglądające się statecznie toczącym się poniżej awanturom. Po drugiej stronie ulicy szła przemiła staruszka, a w ręku niosła papierową tytkę z cukierkami, które rozdawała napotkanym dzieciom. Obok zaś, pod kwiaciarnią stała grupa trzech dziewcząt, wszystkie były po prostu prześliczne, ubrane w zwiewne letnie sukienki rozprawiały o czymś zawzięcie wybuchając co chwila perlistym śmiechem, tak młodym i radosnym że ani dźwięk tramwaju ani szczebiotanie ptactwa nie miały siły przebić się przez te kaskady kryształowego dźwięku. Tak, to będzie piękny dzień. Założył swój zegarmistrzowski fartuch i wybiegł z domu pogwizdując wesołą melodyjkę, która dziwnie przeplatała się z melodią ulicy.


~Pobudka czternasta~

Zegarmistrz Ilczenko obudził się w dosyć dobrym nastroju – otworzył oczy, chwilę wpatrywał się w biały sufit, by po chwili dać się porwać porannej gonitwie myśli – pierwsza krążyła wokół śniadania, druga szła pod rękę z trzecią szepcąc coś między sobą, a czwarta bezczelnie się z nich naśmiewała, piąta wpadła mu do głowy niczym burza lecz potknęła się i wkrótce zniknęła i wtedy nagle do umysłu wbiegły myśli szósta, siódma i ósma. Potem zaś wkroczyła dumnie myśl dziewiąta – a była tak mądra, że Ilczenko nie czekał dłużej nie mogąc się doczekać aż wprowadzi ją w czyn – wyskoczył z łóżka, szybko zrobił 4 przysiady, wyciągnął grzbiet aż chrupnęło i powoli odsłonił zasłony. Żółte promienie słońca wypełniły pomieszczenie, nagrzewając je powoli i budząc kilka małych muszek śpiących tuż przy doniczce z rododendronem. Wkrótce poleciały pod żyrandol załatwiać swoje ważne, musze sprawy. Ilczenko wyjrzał przez okno, pogoda była tego dnia piękna, po torowisku, prawie zupełnie zgodnie z rozkładem mknął czerwony tramwaj, a spod pantografu sypały się snopy iskier. Na gałęziach drzew rosnących przy budynku siedziało stado wróbli by co jakiś czas rozpierzchnąć się na wsze strony a potem znów obsiąść wolne miejsca między zielonymi listkami, nad nimi siedziały dwa kurpiki – coraz mniej ich przylatuje – spostrzegł Ilczenko, ale nie zastanawiał się nad tym dłużej, przeniósł bowiem wzrok na drugą stronę ulicy – przemiła staruszka zatrzymała się przy murze i podjadając cukierki czytała napis na murze – w nocy jakiś łobuz namazał farbą swą opinię na temat opłat bibliotecznych, a Zegarmistrz choć nigdy nie pochwalał aktów wandalizmu w żadnej formie, musiał przyznać iż nicpoń nie szanujący cudzego mienia był całkiem dowcipny i pomijając formę sprzeciwu można by powiedzieć że trafił w samo sedno. Niedaleko napisu, przy kwiaciarni dojrzał grupkę dziewcząt, dziewcząt bardzo ładnych, zawzięcie o czymś rozprawiających – co jakiś czas jedna z nich, przystojna brunetka wybuchała radosnym śmiechem. Ciekawe, czemu tylko ona – pomyślał Ilczenko. Założył swój zegarmistrzowski fartuch i powoli zszedł po schodach, mrucząc pod nosem jakieś skoczne „pam pa ram pam”


virga, 76 pobudek, tramwaj

>>> tramwaj - KLIK! <<<


~Pobudka dwudziesta szósta~

Zegarmistrz Ilczenko obudził się w średnim nastroju który nieznacznie jeszcze pogorszył się po paradzie porannych myśli, a właściwie po tym co myśl szósta zrobiła z piątą. Nie było to miłe, na szczęście następne myśli zachowywały się już prawie tak jak należy. Poleżał więc jeszcze moment i powoli wstał, zrobił dwa przysiady i jakiś nieokreślony wymach rąk i ziewając podszedł do okna by ospale odsunąć jedną zasłonę. Słońce rozświetlało pomieszczenie, oczywiście tylko w tych momentach kiedy nie chowało się za chmurami. Pogoda była w sam raz na cokolwiek, co nie byłoby zbyt wymagające, do tego samego wniosku musiały najwyraźniej dojść muszki śpiące za rododendronem, bo pobzyczawszy chwilę leniwie przewróciły się na drugi bok i poszły spać dalej. Wtem przemknął tramwaj, nie wiadomo czemu nie zatrzymując się na przystanku, Ilczenko zdążył zauważyć tylko że motorniczy miał niechlujnie poluzowany krawat i palił papierosa. Było to o tyle dziwne że palenie tytoniu w kabinie i niechlujny wygląd kadry był zdecydowanie wbrew polityce firmy. No chyba, że coś się zmieniło – pomyślał Ilczenko. Na drzewie zaś jak zwykle rozsiadło się ptactwo – garstka brudnych i schorowanych wróbli, jeden najwyraźniej w lepszej formie próbował wszcząć jakąś wesołą awanturkę, ale reszta szarych kulek popatrzyła na niego z politowaniem, kurpików tego dnia nie było, nie przylatywały chyba już od kilku dni. Po drugiej stronie stała staruszka, ale nie rozdawała tego dnia cukierków ani niczego innego – prosiła przechodniów, a szczególnie dzieci o wsparcie, a choć sam Ilczenko żebractwa nie popierał, pomyślał że każdy radzi sobie jak może, niektórzy niestety gorzej. Obok przy kwiaciarni, zamkniętej tego dnia przez sanepid stała grupka dziewcząt, przyjrzał im się przez moment, szczególnie uważnie przystojnej brunetce, która przestawała być przystojna kiedy co chwilę śmiała się jak idiotka. Dziewczęta miały też nową koleżankę o urodzie mocno nienachalnej. No cóż, ta przynajmniej się nie śmiała. Wciągnął na grzbiet swój roboczy strój, coś trzasnęło w szwach ale nie puściło. Powoli wyszedł z mieszkania, nucąc wesołą piosenkę o bardzo smutnym refrenie.


~Pobudka pięćdziesiąta piąta~

Zegarmistrz Ilczenko od kilku dni budził się w coraz gorszym nastroju, tego dnia obudził się w tak podłym, że zastanawiał się czy to możliwe że jutro wstanie jeszcze bardziej zdehumorowany. Przez głowę przeleciały mu dwie myśli, ale nie wiedział czego właściwie dotyczyły, gdyż ledwo obie się pojawiły pokłóciły się ze sobą tak strasznie, że aż rozbolała go głowa. Potem pojawiła się myśl trzecia – gdyby te pierwsze dwie myśli były ludźmi na pewno pierwsza odjechałaby po kłótni karetką a druga radiowozem. Leżał więc zupełnie bez energii aż do południa, kiedy to złorzecząc wstał, próbował zrobić przysiady ale coś go ukuło w boku więc dał sobie spokój z gimnastyką i pokuśtykał do okna. Już już miał odsunąć zasłony ale pomyślał, że w słońcu będzie widać dawno nie ścierany kurz. Niepotrzebnie się martwił – ten dzień nie należał do słonecznych, niebo było bure, nadjeżdżający tramwaj właśnie obdzwonił staruszkę która opuściła swoje żebracze stanowisko i szła na drugą stronę ulicy za potrzebą. Motorniczy z papierosem w kąciku ust, nie zwolnił nawet na moment, wdusił tylko dzwonek, mijając staruszkę zaledwie o centymetry. Dzwonek tramwaju spłoszył dwa mocno przełysiałe wróble, sfrunęły z gałęzi, pozbawione większości lotek to unosiły się to opadały niezgrabnie, potem zderzyły się ze sobą i koziołkując w powietrzu zniknęły gdzieś za płotem. Po drugiej stronie stały trzy dziewczęta, paliły strasznie kopcące papierosy, piły piwo z puszki i rechotały obrzydliwie wyzywając staruszkę od pomarszczonych lafirynd. Jedna z nich zadarła kieckę pokazując starowince siny zadek. Ilczenko nie założył fartucha, poszedł do pracy w piżamie bucząc coś rozpaczliwie ponurego pod nosem.


~Pobudka sześćdziesiąta pierwsza~

Ilczenko spał źle, a gdy wreszcie nad ranem udało mu się zasnąć obudził go jakiś przerażający hałas dobiegający z ulicy, usiadł więc na łóżku, cos okropnie strzyknęło mu w stawach, podniósł się okropnie obolały i strasznie zaspany. Był w bardzo, bardzo złym humorze, a jeszcze nie sprecyzowane poranne myśli rozpierzchły się w popłochu i nic z nich nie było. Wyjrzał przez okno – ciemne, bure chmury zasnuły całe niebo nie pozwalając by wyjrzał zza nich najmniejszy choć promyk słońca. Spojrzał na drzewo – na jednej z gałęzi siedział wczepiony pazurkami zupełnie sparciały wróbel, powiewy wiatru wyrywały z truchełka resztki piórek. Drugi wróbel siedział pod drzewem oparty o pień i strasznie kaszlał. Na drugiej stronie ulicy stały dwie bardzo brzydkie dziewczyny, między którymi zaszło widać jakieś nieporozumienie, warczały bowiem jakieś okropne przekleństwa szarpiąc się za tłuste, dawno nie myte kudły. Widać było, że mają w tym niesamowitą wprawę – szarpiąc się i popychając żadna z nich nie wypuściła z kącika ust pogiętego, dymiącego papierosa. Ucieszył się widząc to – przynajmniej dziś żadna z ich się nie śmiała. Nagle usłyszał dzwonek tramwaju i jakiś huk – tramwaj zatrzymał się nagle i wszyscy pasażerowie rzuceni na przód wagonu wskutek tego nagłego zatrzymania pomstowali okrutnie, przednimi drzwiami wysiadł właśnie motorniczy, ruszył na przód składu i wtedy Ilczenko zobaczył wystające spod wagonu nogi staruszki i zdążył jeszcze zobaczyć jej głowę turlającą się po szosie Pabianickiej. Wstrząśnięty widokiem bezmyślnie zdjął piżamę i założył ją ponownie, ale tym razem na lewą stronę, w dodatku tył naprzód, a nawet troszkę do góry nogami – a potem wyszedł z domu niczego nie nucąc, ale gdyby to robił byłby to zapewne marsz żałobny Chopina.


~Pobudka siedemdziesiąta czwarta~

Obudził się dużo wcześniej niż zwykle, targnięty nagłym zrywem serca, leżał więc wytarzany w resztkach mniej lub bardziej nieprzyjemnych snów. Otworzył szeroko oczy i bez ruchu wpatrywał się w spękany sufit chwilę wędrując wzrokiem po wyimaginowanej mapie pęknięć i odprysków. Wiedział już, że to będzie kolejny dzień kiedy nie uda mu się niczego zrobić, ale nie przejmował się tym – od jakiegoś czasu, sam nie umiał już tego obliczyć bowiem stracił jego rachubę, nie udawało mu się wstać, od tego czasu zdążył się prawie całkowicie zapaść w materac, jego potylica zrosła się z poduszką, kołdra stała się jego drugą skórą, a żebra przeplotły się ze stelażem łóżka. Przerażony bał się ruszyć gdy rozedrgany mięsień po pierwszym porannym uderzeniu zawiesił się na moment i przyczajał, jakby zapadając się gdzieś głęboko w klatce piersiowej, gdzie przez chwilę krył się w bezruchu, by za chwilę znów nadgorliwie wyrwać do przodu: PADUM-PADUM!

Za oknem było wyjątkowo cicho, nie przejechał żaden tramwaj, nie słychać było też ptaków, nie ciekawiła go pogoda, w okno spojrzał tylko raz, kiedy usłyszał ciche puknięcie w szybę – to wiatr przykleił na moment do szyby zerwaną z drzewa klepsydrę z informacją o pogrzebie staruszki. Po chwili wiatr przyniósł drugą klepsydrę – mniejszą niż pierwsza – ta z kolei dotyczyła jej głowy, była to tak zwana klepsydra uzupełniająca. Tego dnia nie słychać było burd wywoływanych ostatnio tak często przez zepsute, rozwydrzone dziewczęta. Spokojny dzień. Zapadł się głębiej w materac, skulił się w klatce żebrostelażu i zamknął oczy. Oddychał ciężko i płytko – a świsty i chroboty z płuc można by, gdyby bardzo się uprzeć, uznać za szczątkową melodię o nieokreślonym zabarwieniu emocjonalnym. Jeszcze chociaż pięć minut – pomyślał.

~

Tadeusz Dzik-Jerżyński „76 pobudek Zegarmistrza Ilczenki” (fragmenty)

Virga, część I

część I – Wizyta w bibliotece



„A jednak trzeba być odrobinę autystycznym, aby swobodnie poruszać się po świecie, który już nie istnieje”

Stanisław Ilczenko (1905 – 1968)

~

Zanosiło się na burzę, odstawiłem więc puszkę z wywarem z żołędzi i sosnowych pędów, zaprawionych odrobinką bezołowiowej i wstałem z fotela aby wyłączyć z prądu wszystkie urządzenia elektryczne – robiłem tak nauczony doświadczeniem, a właściwie dwoma. Raz uderzenie pioruna spaliło mi stary lampowy radioodbiornik z rubinowym okiem, wszystkie lampy wtedy jedna po drugiej wystrzeliły – PUF! PUF! PUF! – a ja po każdym wystrzale podskakiwałem w fotelu coraz to wyżej i wyżej, co nie było zbyt bezpieczne bowiem ludzka czaszka w konfrontacji z betonowym sufitem, prawdopodobnie przegra – o czym się na szczęście nie przekonałem, bo lamp w radioodbiorniku było za mało bym podskoczył aż tak wysoko. Drugi zaś raz wyładowanie uszkodziło radziecki kineskopowy telewizor – a co ciekawe, uszkodziło go dość specyficznie – oglądałem akurat program przyrodniczy, w którym jakaś gadająca głowa prawiła mądrości na temat obyczajów godowych jętek jednodniówek (Ephemeroptera), gdy gdzieś niedaleko uderzył piorun, skutkiem czego obraz najpierw przygasł, a potem rozżarzył się nienaturalnie mocno i wtedy ta gadająca głowa najwidoczniej naładowana elektrycznością zaczęła mówić trzy razy szybciej niż normalnie, a co gorsza odbiornik telewizyjny dostał jednorazowo taką porcję prądu, że nie dało się go wyłączyć jeszcze przez tydzień. Po siedmiu dniach kineskop się w końcu doszczętnie wyżarzył i wreszcie ustała ohydna logorea – tylem się wtedy nasłuchał o niecnych i lubieżnych bezeceństwach wyprawianych przez jętki, że nabrałem okropnej awersji do tych Bogu ducha winnych i w gruncie rzeczy sympatycznych przecież stworzeń, zniechęciłem się również na długo do programów przyrodniczych serwowanych w telewizji a także do telewizji w ogóle. Od tej pory gdy usłyszę choćby najdalszy nawet pomruk burzy od razu rzucam wszystko i wszystko wyłączam z prądu, zamykam okna, zasuwam kotary, a na parapecie w kuchni stawiam grubą, woskową gromnicę (być może to zwykłe banialuki i przesądy, ale strzeżonego…), potem zakręcam zawór wody, w przedpokoju otwieram małe drewniane drzwiczki za którymi kryje się wnęka z elektryczną tablicą z korkami chroniącymi przed przepięciem, spięciem i przeciążeniem, i wykręcam z niej po kolei wszystkie siedem szorstkich w dotyku ceramicznych korków, a na sam koniec udaję się łazienki i chowam na samo dno kosza z brudną bielizną korek od wanny. Korek to korek i nie wiadomo kiedy może wystrzelić albo jeszcze co gorszego, uchowaj Boże. Tak zrobiłem i tym razem – burza była już całkiem blisko i niebo pociemniało kiedy zadowolony z siebie skończyłem cały rytuał z korkami i oknami, a wiecie jak to jest w domu bez prądu – nie bardzo jest co robić, poczytać się nie da bo za ciemno, zjeść też nie można bo bez prądu nie świeci się żarówka w lodówce i nie widać czy wszystko jest na pewno świeże a także czy w ogóle coś tam do zjedzenia jest.

Stanąłem na środku kuchni kompletnie zbity z tropu zastanawiając się co tu począć, nawet herbaty nie mógłbym się napić bo i czajnik należał do tych nowocześniejszych urządzeń – był cały, calusieńki elektryczny, elektrosprytny, prądowy i na prąd. Gdy już-już miałem się okropnie zezłościć na spotykające mnie przeciwności przypomniałem sobie że przecież herbaty nie pijam, nie mam w czym, chociaż w kuchni, na specjalnych haczykach wciąż wisiały za uszka porcelanowe filiżanki do herbaty. Od zeszłej zimy bowiem każda z filiżanek miała lokatora, a to znaczy, że była zamieszkała: panowały wtedy takie mrozy, żem nie miał już serca patrzeć jak za oknem trzęsąc się i kichając tulą się do siebie zziębnięte wróble (Passer domesticus), wpuściłem więc całą czeredę wymarzniętych skrzydlatych drobin, podsypując uprzednio trochę ziarna do wspomnianych filiżanek które wymościłem też dla komfortu watą. Każde z naczynek zajął jeden wróbel, a ja musiałem przestać korzystać z uroków teinowych odurzeń, a potem gdy się już ociepliło ptaszęta tak jakoś już zostały poćwierkując mi z rana gdym się krzątał przy śniadaniu. Miało to jedną ważną zaletę – odkąd to całe skrzydlate tałatajstwo zamieszkało w mych porcelanowych filiżankach nie miałem już więcej kłopotu ze sprzątaniem okruszków od chleba. Miłe też w tym filiżanek zasiedzeniu i przejęciu było to, że gdy rano jadłem śniadanie mogłem patrzyć jak po kolei z każdej wysuwała się ptasia główka – wszystkie te ptaszęta po kolei zerkały wesoło ku mnie to lewym to prawym czarnym oczkiem, ptasio, czujnie lecz wesoło przekrzywiając główki i poćwierkując, dzięki czemu nie czułem się zbyt samotnie, a herbaty gorącej przecież można napić się i w pracy. No i jaka na gotowaniu wody oszczędność prądu! Właśnie – wróciliśmy do sprawy prądu, a zatem i burzy – na skutek konieczności samopozbawienia się elektryczności nie bardzo miałem co robić!

Pomyślałem więc, że udam się wobec tego do biblioteki rejonowej, gdzie nie robią takiej hecy z prądem w czasie burzy, co pozwoli mi i zwalczyć nudę, i przeczekać gromy a więc upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu – chwyciłem książkę z której oddaniem trochę, przyznaję się ze wstydem, zalegałem, złapałem też i parasol, a był to specjalny model wyposażony w piorunochron (mam nadzieję, że działający – nigdy bowiem nie doświadczyłem bezpośredniego trafienia piorunem) i dziarsko ruszyłem do celu. Biblioteka była jakieś pięć minut pieszo od miejsca gdzie mieszkałem więc chwilę później śmiało wkroczyłem do pachnącej księgami sieni i skierowałem się do szatni gdzie odwiesiłem płaszcz na kołek z numerem 13. Był to mój ulubiony kołek – gdyby ktoś mi go zajął byłbym zmuszony przechadzać się pod bibliotecznym budynkiem do czasu jego zwolnienia, a ponieważ teraz spieszyłem się by zdążyć przed burzą, rad byłem wielce że tym razem nie musiałem czekać. Myśląc o tym jak zadziwiająco wielu czytelników naszej rejonowej biblioteki lubi powiesić palta, kapoty, kurtki, kufajki, kubraki, płaszcze i peleryny oraz zimowe podszerstki na kołku numer trzynaście (muszę przyznać, że mają gust i wiedzą co dobre) śmiało wszedłem do głównej sali bibliotecznej.

W środku zastałem obu pracowników: Pana Kazimierza i Pana Władysława, służbistów i podstarzałych zasuszonych moli książkowych (choć trzeba przyznać że wielce sympatycznych) o mocno przełysiałych czaszkach skrywających przerośnięte od lektury mózgi, płucach zniszczonych bibliotecznym kurzem, oczach zmętniałych od przeglądania zbiorów i bladej od braku słońca skórze, przez którą widać było sieć cieniutkich, bladych żyłek, co nadawało ich twarzom nieco niepokojący marmurowy wygląd. Obaj odziani byli w takie same tweedowe kamizelki w kolorze ciemnej, eleganckiej zieleni, jeden z nich miał w kieszonce zegarek z dewizką, drugi zaś zatknięte wieczne pióro, pierwszy kołnierzyk miał buńczucznie postawiony na sztorc, drugi wręcz przeciwnie. Obaj panowie współdzielili ze sobą grube okulary w rogowej oprawie – używał ich ten, który akurat potrzebował na coś spojrzeć, drugi w tym czasie mrużąc krótkowzroczne oczy przybijał wystudiowanym ruchem pieczątki albo brał książkę z leżącego na biurku stosiku i okładał ją w szary papier – żeby się nie poplamiły, „bo o książki trzeba dbać, bo o książki trzeba dbać” – mamrotał wtedy pod nosem. Co jakiś czas zmieniali się, z gracją wykonując wykonywane już tysiące razy ruchy – pierwszy zdejmował okulary, przecierał je miękką szmatką i zakładał drugiemu, podczas gdy drugi moczył pieczątkę w tuszu i przestawiał ją tak by pierwszemu było łatwiej ją za moment przyłożyć. Potem oboje wyciągali z kieszonki grzebienie i krzyżowo, jeden drugiemu, poprawiali rzadkie lecz niesforne resztki owłosienia zaczesując je za uszy. W bibliotece zastałem obu pracowników – ale trzeba powiedzieć, że nie było właściwie innej możliwości, byli to bowiem bracia zroślacy czyli żywy dowód niesamowitych możliwości współczesnej medycyny syjamskiej. Byli tak zgrabnie zszyci ze sobą, że nie szło się domyślić miejsca którędy szła dratwa, najmniejszy bowiem ślad nie znaczył miejsca łączenia. Z powodu tego zrostu padali czasem ofiarą rozwydrzonej młodzieży, która przychodząc do biblioteki pod pretekstem niby to wypożyczenia lektury dokuczała im – jeden łobuziak zagadywał Pana Kazimierza, drugi zaś zachodząc od tyłu podpytywał o coś Pana Władysława. Bibliotekarze wykręcali się wtedy każdy ku swojemu rozmówcy szarpiąc się wzajemnie aż w końcu widząc niemożność ustawienia się w dobrej pozycji, trzeszcząc przy tem niebezpiecznie w szwach, zdenerwowani wykrzykiwali jednocześnie: „No przecież się nie rozerwę!” Wtedy łobuzerka wybiegała chichocząc że znów im się udało – ale trzeba przyznać że takie przypadki braku kultury nie były zbyt częste, ponieważ ogólnie obaj panowie cieszyli się wśród czytelników szacunkiem i poważaniem.

W bibliotece oprócz mnie i nienaturalnie zrośniętego personelu przebywało jeszcze kilku czytelników snujących się między półkami – przy półkach z książkami o tematyce meteorologicznej spotkałem niepozornego jeża kartującego jakieś opasłe tomiszcze, przerzucał karty fukając pod nosem „Ja wiedziałem! Wiedziałem że tak będzie! To było do przewidzenia!”

Był to nikt inny jak sam Jeż Tomasz, który od czasu wydarzeń w Lesie Popioły musiał czytać sobie całkiem sam  i dlatego został stałym bywalcem naszej biblioteki. Znaliśmy się z widzenia, więc ukłoniliśmy się sobie po czym każdy z nas zajął się swoimi sprawami. Minęło może z pół godziny kiedy usłyszałem kurant wygrywany przez mechanizm pozytywkowy bibliotecznego zegara, usłyszał go też Tomasz, który nagle nastroszył igły, cisnął książkę na półkę i wybiegł z biblioteki krzycząc „Jabłek na ryneczku zapomniałem nakupić! Zaraz zamkną warzywniak!”. Tu chciałem zaznaczyć, że w bibliotece zasadniczo krzyczeć się nie powinno, miejsce to powinno być oazą spokoju i skupienia. Jednak warto wiedzieć, że głos w bibliotecznej oazie ciszy podnieść można, a nawet należy w kilku sytuacjach, np. gdy wybuchnie pożar i chcemy zawiadomić o tym pogrążonych w lekturze, ratując im naszym larum życie albo gdy ktoś zasłabnie, albo właśnie wtedy gdy zapomnimy kupić jabłek.

Dziwne – pomyślałem – wbrew obiegowym opiniom jeże nie jadają jabłek, a tu proszę, Tomasz spieszy się na ryneczek, ku biblijnym owocom i nawet się przy tem trochę oblizywał – tak mi się przynajmniej wydawało. Gdy wybiegł, odruchowo chciałem ustawić niezgrabnie rzuconą przez niego książkę, bo lubię kiedy książki stoją równo, najlepiej alfabetycznie autorami, potem ustawione wielością od największej do najmniejszej i miło by było gdyby jeszcze kolory grzbietów gradientowo schodziły od najbardziej nasyconych do tych szarzejących. Wolumin, nad którym tak nerwowo pofukiwał jeż był to głośny swojego czasu w wielu kręgach pierwszy tom „Sposobów przetrwania na terenach podmokłych, bardzo podmokłych i skandalicznie podmokłych” autorstwa niejakiego N. Oah. Było to pierwsze, oryginalne wydanie – na okładce widniała bardzo szczegółowa rycina przedstawiająca jakąś chyba ogromną i dość pokraczną, nie wyglądającą na szybką łódź, na pokładzie której widać było brodatą postać w otoczeniu całkiem nielichej menażerii. Ów zarośnięty jegomość wychylając się przez burtę wygrażał pięścią wzburzonym falom które unosiły łódź, a grupka braci mniejszych patrzyła z rezygnacją na rozszalały groźny żywioł. Wszyscy wyglądali na zmęczonych i mocno wilgotnych. Kunsztowna robota – pomyślałem patrząc na rycinę. Otworzyłem tom na chybił trafił i pobieżnie przeleciałem wzrokiem fragment tekstu:

Rozszalały żywioł wodny, potopem zwany to rzecz wielce niebezpieczna i z reguły nic poradzić na niego nie możem, rzadko udaje się go przewidzieć, rzadziej przetrwać i jeszcze rzadziej i trudniej powstrzymać, a trza wiedzieć, że szkód taki potop uczynić potrafi co niemiara – zrywa mosty, wały przeciwpowodziowe rozmiękcza w błotnistą papkę, bydło podtapia, grzybem mury pokrywa, gościec okrutny na człeka sprowadzić może, a także, i nie są to wcale rzadkie przypadki, nawet i chałupę porwać potrafi i unieść ją wartkim nurtem gdzieś hen daleko zdemolowawszy ją przy tym doszczętnie – takie to rzeczy są w czasie potopu na porządku dziennym, a naprawdę wystarczyłoby trochę dobrych chęci i wytężona praca by znacznie zmniejszyć dolegliwości powodowane wodną katastrofą – można by przecież zawczasu przetoczki tu i ówdzie w gruncie porobić co by nadmierna ciekłość się nie zastała, w przesadę nie poszła, cała odciekła i precz odpłynęła! Jeżeli zaś nie dopilnujemy swobodnych dla cieczy odpływów i ujść drożności ani chybi duowodór oksygenu mimo iż niezbędny nam do życia zgromadzi się w takim nadmiarze iż życie nasze może skrócić nagle w powszechnym bulgocie, krztuszeniu i mułu naleciałościach. Amen.

Słowa „nawet i chałupę porwać potrafi” były podkreślone grubym ołówkiem – dzięki Bogu nie flamastrem, bo nie można niszczyć książek, (nie cierpię tego!) a ołówek zmazać dobrą, chlebową gumką – owszem, jeśli potrzeba to można. Jeszcze chwilę kartkowałem „Sposoby przetrwania”, a gdy chciałem odłożyć książkę na półkę wysunęła się z niej i upadła na podłogę jakaś kartka, najwidoczniej używana przez kogoś jako zakładka. Podniosłem ją – okazało się, że była to stara, pożółkła ulotka reklamowa warsztatu zegarmistrzowskiego niejakiego Zegarmistrza Ilczenki:


~ WARSZTAT ZEGARMISTRZOWSKI MISTRZA ILCZENKI ~

virga, zegarek

Zasypiasz, spóźniasz się srodze? Tudzież nie docierasz na czas?! Wielce mitrężysz? Ustępujesz w czasie i nie nadążasz? Boże broń i przed niepunktualnością wszelaką uchowaj – werki regularnie reguluj nigdzie indziej jako u samego Ilczenki, zegarki akuratne jeno tutaj nabędziesz, raz a porządnie, tanio, niedrogo i przy tem niekosztownie, oszczędnie, bez nadmiernego do kiesy sięgania. Serdecznie zapraszamy – za odgłosami cykania podążaj do warsztatu samego największego Mistrza Ilczenki – róg ulicy Rudzkiej i Pabianickiej. Jeno tutaj nabędziesz znad i spod lady: precyzyjne spalinówki mechaniczne, obrotowe, na solidnych trzpieniach każden werk konkretnie osadzon, jeno tutaj dokonasz wszelakich regulacyj, zębatek konserwacji, kukułek renowacji i wskazówek prostowania – korzystnie, okazyjnie, precyzyjnie. Klient w dość szerokim zakresie – nasz Pan, ale bez popadania w niezdrową przesadę.

Co piąta wskazówka sekundowa – gratis!

Jeszcze raz i szczerze – zapraszamy!

Czynne codziennie 900 – 1700


Wyskoczył mi ten Ilczenko jak filip z konopi… Złożyłem ulotkę na pół, schowałem do kieszeni i zamyśliłem się …Ilczenko… W Rudzie Pabianickiej postać, już niestety nieobecna (zmarł w 1968 roku), niezwykle uzdolniony przedstawiciel starej dobrej szkoły zegarmistrzostwa, choć prawdopodobnie dziś, w epoce elektronicznych czasowskazywaczy, szczwanych telefonów i wszechobecnych cyfrowych liczyputerów trudno by już było Ilczence odnaleźć się ze swoim zegarmistrzowskim fachem – dzisiejsi przedstawiciele tego zawodu zajmują się głównie wymianą baterii w tych nowoczesnych bezdusznych czasomierzach, które łatwiej wymienić na nowe gdy się popsują niż naprawić. Niestety, ale teraz takie są okropne czasy, gdzie wszystko jest jednorazowe i nienaprawialne, nawet zegarki i uczucia. Co innego kiedyś – każdy zegarek Ilczenki był inny, każdy miał swoje własne specyficzne zachowania i humory, trzeba było mechanizm poznać i zsynchronizować się z nim by dobrze i długo służył. Ich twórca przed własnoręcznym złożeniem zaprojektowanych przez siebie zegarków każdą część delikatnego werków przepłukiwał w paliwie lotniczym, kupowanym od zaprzyjaźnionego mechanika z pobliskiego lotniska wojskowego Lublinek. Co prawda czasem po takiej płukance zegarki trochę się spieszyły, a kilka razy podczas nakręcania nastąpił samozapłon, ale klienci się nie skarżyli gdyż mechanizmy grały tak pięknie że nikt nie przejmował się małymi niedogodnościami. Ilczenko również własnoręcznie szlifował i pucował malutką szmatką szlachetne rubiny służące za łożyska mechanizmu, skręcał sprężyny, toczył małe wahadełka i karbował koronki – jednym słowem sam od podstaw wymyślał, konstruował i składał swoje zegarki. I co z tego że nie były tak precyzyjne jak dzisiejsze zegarki kwarcowe, jak szczwane telefony synchronizowane z pomocą światowej sieci z atomowymi zegarami, precyzyjnymi jak sama śmierć – nie o bezduszną precyzję wszak tu idzie a o przyjemność obcowania z cykającym cackiem i arcydziełem mechaniki precyzyjnej.

Przez tę ulotkę moje myśli wciąż krążyły wokół zegarmistrza, którego muszę powiedzieć, ze miałem możliwość poznać, chociaż byłem wtedy bardzo mały – krążyły tak uporczywie ze postanowiłem dowiedzieć się o nim czegoś więcej udałem się więc do tych zakamarków biblioteki gdzie stały książki poświęcone mojej małej ojczyźnie i wyszperałem dwie pozycje: „Znani Rudzianie” której jeden rozdział traktował właśnie o Ilczence i niewielką książkę zatytułowaną „76 pobudek Zegarmistrza Ilczenki” – i wypożyczyłem obie, zapłaciwszy przedtem karę za przetrzymanie wcześniejszych książek, z którymi tu przyszedłem.

W bibliotece spędziłem tyle czasu że burza dawno już przeszła, bokiem zresztą, cały ten elektryczny raban okazał się być niepotrzebnym, wróciłem więc do domu i otworzyłem rozdział o Ilczence z książki o znanych Rudzianach. Zacząłem czytać wstęp:

Stanisław Ilczenko (1905-1968), Wybitny obywatel Rudy Pabianickiej, zegarmistrz, a także ocierający się o geniusz wynalazca i konstruktor, autor wielu ciekawych wynalazków: bezobsługowego wózka spalinowego dla sierot pozbawionych opieki (tak zwany bezroditielnik), ogranicznika wyrzutów sumienia pomagającego jednostkom nienachalnie moralnym odnaleźć się w gorsecie sztywnych norm społecznych, czy specjalnego sedesu dla rodzeństw syjamskich. Znany również jako twórca Virgi, wynalazku o tyle wyjątkowego , że w przeciwieństwie do reszty urządzeń mistrza nie pełnił on żadnych praktycznych funkcji, Virga była bowiem mechanizmem stworzonym tylko i wyłącznie po to by działał, a nie po to żeby coś robił lub komuś służył. Ze wszystkich dzieł mistrza to właśnie Virga była też najbardziej skomplikowaną i zaawansowaną konstrukcją. I była też jego ostatnią pracą.

Zamknąłem książkę, przez głowę przebiegły mi dwie myśli – pierwsza była taka że, dziwny zbieg okoliczności – w naszej bibliotece rejonowej znajdowało się urządzenie sanitarne, o którym przed chwilą czytałem, dubeltowy sedes zainstalowany był w ubikacji dla personelu! Druga myśl zaś uparcie krążyła wokół Virgi…

I ja ją przecież widziałem…

Koniec części pierwszej.

 

Aresztowanie Kozła (przegląd prasy)

Aresztowany za niewydanie reszty i lżenie klientów, pracujący za barem wyszynku „Pod Zegarem”, stał pucując szklaneczki i przecierając brudną szmatką klejącą się ladę niejaki Kozioł Kazimierz, karłowaty garbus z garbatym gargulczym nosem, stał odziany w nieodłączną wyświechtaną kamizelkę, kryminalista, recydywista i pijak utracjusz, wielkie rozczarowanie swojej matki i jednocześnie największa chluba ojca, również pijaka, ojca absolutnie i zupełnie nie biologicznego o czym tenże ojciec nic a  nic nie wiedział – matka była bowiem mocno swobodna obyczajowo a przy tym skutecznie kobieco skryta. Aresztowanie najwyraźniej zaskoczyło Kozła, czuł się już bowiem zupełnie bezkarny – najbardziej znany w społeczności Rudy Pabianickiej był z występku, którego dopuścił się gdy pracował jeszcze na poprzednim stanowisku – w kotłowni miejskiego przedszkola, osobnik ów dopuścił się wyjątkowo ohydnego czynu – pewnego dnia sprowokowany przez niegrzeczne i zanadto dokazujące dzieci, jednemu z nich, najbardziej buńczucznemu, trzyletniemu Piotrusiowi wyjął oko łyżeczką od herbaty, i chociaż wszyscy wiedzieli, że to on – Kozioł to zrobił, owo wyłyżeczkowanie uszło mu płazem, wywinął się wtedy od odpowiedzialności albowiem miał bardzo dobre alibi – powszechnie było wiadomo, że Kozioł nie słodził herbaty, dbał o linię i notorycznie się odchudzał, a w każdym razie dużo o tym mówił. Nie uważał, żeby cukier zanadto krzepił i nie był do słodyczy w ogóle nawykły. Wiele złego o tym człowieku można by powiedzieć i wiele zostało już powiedziane, ale posłuch u maluchów po tym zdarzeniu miał większy niż przedszkolna Pani Dyrektor i wszystkie wychowawczynie razem wzięte – za jego kotłowniczej kadencji z murów przedszkolnych wyszły całe zastępy grzecznych, karnych i zastraszonych malców. Na szczęście karząca ręka sprawiedliwości zdołała się i do niego dobrać – Kozioł już jako barman próbując uzyskać korzyść finansową, nie wypłacił klientowi groszowej końcówki, zorientowanego w  oszustwie zaś zelżył i na tym wpadł, ta ponura kanalia i zboczony monetarnie zwyrodnialec. Dzięki Bogu społeczeństwo zostało uwolnione od resztowego bandyty i wszyscy, również i rodzice Piotrusia, obecnie interesującego się gwiezdnymi konstelacjami (teleskop wymaga zaledwie jednego oka) odetchnęli z ulgą.

O chłodzeniu i czytaniu.

~

„Zaprawdę powiadam wam – wszystkie bardzo małe części zostaną całkowicie zalane.”

~

W lesie padało. Z reguły to nic dziwnego, w lesie czasem pada i jest to zjawisko pod każdym względem normalne i pożądane, bo deszcz jest bardzo potrzebny zarówno roślinom jak i zwierzętom – a zwłaszcza po okresie suszy – bez deszczu bowiem rośliny usychają, na wietrze nie szumią przyjemnie, lecz brzydko szeleszczą, zwierzęta stają się nerwowe, nieprzyjemnie rozczochrane i mają języki wywieszone nieelegancko na bok, co wygląda wyjątkowo głupkowato – objawy te są niepodważalnym dowodem na konieczność odpowiedniego nawodnienia terenów leśnych.

Reasumując – w lesie wciąż padało…

- To dobrze – powiecie, boście już w sprawach nawadniania lasu mądrzy – Bo bez deszczu zwierzęta stają się nerwowe, a rośliny…

- Ale padało już za długo! – przerwę wam – Stanowczo za długo jak na las tej wielkości, wszak to już kilkanaście dni temu, tuż po poranku zaczęło niewinnie mżyć, mżawka zaś wieczorem przeszła płynnie i niepostrzeżenie w kapuśniaczek, by szybko stać się zwykłym deszczem, który w ciągu następnych dni nabierał, jeśli można tak powiedzieć – rzęsistości i z godziny na godzinę rósł w siłę i intensywniał zmieniając się w wielodniową ulewę przerywaną co jakiś czas przerażająco mokrymi oberwaniami ciężkich, burych chmur i szybkimi, zajadle biczującymi las nawałnicami. Padało już tak długo, że cały las stał się bardzo ciężki, wściekle soczyście zielony i wypełniony dźwiękiem kropel uderzających o namokłe poszycie, niezdolne już do przyjęcia dodatkowych porcji wody, poszycie które teraz nie pozwalało się cichutko skradać – głośno plaskało i cmokało gdy na nie nastąpić. Przyrost mchu był tak duży, że odziomki drzew skrywały się w nim odziane niczym w grube, zielone golfy, gałęzie zaś gięły się ciężkie od deszczu, tak że ciężko było przejść zwykłymi leśnymi ścieżkami by zimna woda nie wlała się za kołnierz lub nieprzyjemnie chłodny liść nie pacnął idącego w policzek, a główne dukty dawno już zamieniły się w nieprzebyte bagniste rzeki. Cała leśna tłuszcza od ponad tygodnia siedziała więc w domach smętna, wyczekując końca mokrej apokalipsy, wyściubiając nosa jedynie w sytuacjach które takiego wyściubienia bezwzględnie wymagały. Większość jam i norek niebezpiecznie podeszła wodą, zamieniającą twarde klepiska w nieprzyjemne błoto, gniazda rozmiękły jak bułki wrzucone do mleka, mieszkańcy licznych dziupli przy pomocy chochelek wykonanych z łupinek żołędzia wylewali nadmiar wody na zewnątrz a na większości mrowisk zostały wywieszone tabliczki „Przepraszamy, chwilowo nieczynne”.

Ale podczas gdy wszystkie Boże stworzonka mniej lub bardziej bohatersko rozpaczliwie walczyły z żywiołem przeklinając niekończące się strugi wody, jedno z nich wydawało się czerpać przyjemność z gigantycznego prysznica i zażywało niespiesznego spaceru, a było na tę okoliczność doskonale wyposażone – w żółte kalosze na grubej słoninie, podbitą ciepłym podszerstkiem żółtą pelerynę i zakończony dębową rączką parasol, również żółty, a jakże! Nadobfitość słonecznej barwy, tak bardzo niepasującej do aktualnej aury, jak i sam fakt odbywania beztroskiego spaceru w takich warunkach bezustannie ściągała na oryginała spojrzenia wszystkich małych, średnich i większych przemoczonych nieszczęść, ten zaś, choć świadom wywołanego wrażenia, nie robił sobie z tego zupełnie nic i kontynuował swą wędrówkę, by wreszcie dotrzeć starej willi. Willa ta zwana przez tambylców „Szyszkówką” (nazwa ta wzięła się od nietypowej konstrukcji dachu i sposobu ułożenia dachówek) ongiś przepiękna perła leśnej architektury, bogato rzeźbiony popis kunsztu ciesielskiego, dziś coraz bardziej zapadała się w sobie, zupełnie tak jak zapadają się twarze starych ludzi kiedy wyjmą sztuczną szczękę, a całość misternej drewnianej konstrukcji powoli chyliła się na bok opierając się o rosnący koło niej sędziwy dąb.

Żółty jegomość otworzył drzwi, lecz nie wszedł od razu do środka, pierwej starannie otuptał kalosze z błota, liści i igliwia, potem otrząsnął parasol z najgrubszych kropel i dopiero wtedy przekroczył próg, by znaleźć się w szarym i wypełnionym leniwie wirującymi drobinkami kurzu przedpokoju, w którym jak w całym domu unosił się w powietrzu dziwny, lekko uchwytny zapach przywodzący w pierwszej chwili na myśl starego, zmokniętego na deszczu psa, a w drugiej chwili coś pomiędzy pleśnią a czymś niedookreślonym (najdziwniejsze było to, że zapach ten był z gatunku tych, które trudno ocenić jako woń przyjemną czy wręcz przeciwnie, odczucie to zależało od pory dnia, stanu nosa i nastroju węszącego). Po wejściu odłożył do wyschnięcia wciąż rozłożony parasol, zzuł kalosze i odwiesił pelerynę na wieszak, a skapująca z niej woda – pac, pac, pac – uderzała o płótno parasola.

Tomasz, bo tak się zwał deszczowy spacerowicz, był średniej wielkości jeżem (Erinaceus europaeus) a także jedynym i ostatnim mieszkańcem Szyszkówki. Musicie wiedzieć, że nie był on jedynym winnym doprowadzenia budynku do takiego stanu, owszem jego wrodzona niefrasobliwość ogromnie się ku temu przyczyniła, ale już wcześniej przez całe pokolenia na Szyszkówce swoje piętno odciskały błędy i zaniedbania jego przodków, którzy konieczne remonty odkładali w nieskończoność zajmując się zawsze rzeczami według nich ważniejszymi, a mianowicie swoimi dziwacznymi i drenującymi rodzinne finanse pasjami, gonitwami za wszelakiej maści mglistymi urojeniami, eksperymentami naukowymi i pseudonaukowymi, bezsensownymi i karkołomnymi obliczeniami wszystkiego co policzyć umieli, wynaturzonym kolekcjonerstwem, kompulsywnym zbieractwem, tworzeniem list i spisów a także katalogowaniem wszystkiego co przyszło im do głowy, oraz maniacko oddających się nieumiarkowanej hedonii, grafomanii i agonii. Tomasz, rodzinny odmieniec (notoryczny anhedonik), perfekcyjnie niezorganizowany, wciąż odkładający w czasie swoją, dawno już podjętą decyzję o zostaniu prokrastynatem, mitrężący miesiące i lata folgując swemu zamiłowaniu do przyglądania się upływowi czasu i powodującym bezsenność ciągotom do natrętnych przemyśleń na temat własnego trwania i przemijania, dużo myślał, mało spał i nie miał kompletnie ani czasu ani serca do podjęcia niezbędnych kroków mogących powstrzymać lub opóźnić rujnację Szyszkówki – rzuciwszy się w pogoń po labiryncie własnych myśli za jakąś nieokreśloną ideą zostawił dom samemu sobie.

Zupełnie nieświadom że toczy się tutaj o nim jakaś opowieść, zziębnięty po spacerze Tomasz przeszedł do kuchni, zagotował wodę i naparzył cały imbryk pysznej herbaty ABRAK (do kupienia w dobrych sklepach z herbatami, na Marysinie), usiadł przy piecu, zapalił lampę wiszącą nad stołem, zapalił fajeczkę z gruszy leżącą na stole i rozpoczął swą codzienną prasówkę, popijając aromatyczny wrzątek i wypuszczając chmurki wonnego dymu, kompletnie nie zwracając uwagi na ilość dźwięków jakie wydawał dom – choć suma wszystkich trzasków, stęknięć i stuknięć jakie wydawał stary budynek składała się na całkiem obłędną kompozycję graną przez zupełnie oszalałą drewnianą orkiestrę pod batutą opętanego jakimś dziwacznym mokrym szaleństwem nieba. Budynek wciąż ciężko pracował – biczowany deszczem i smagany wiatrem chylił się to w jedną, to w drugą stronę, skręcał się wokół osi pionowej, siadał i wstawał, furkotał dachówkami, a wiatr zawodził w szczelinach ścian i załamaniach dachu co sprawiało wrażenie jakby cały dom zataczając się płakał cierpiąc okrutnie. I być może tak rzeczywiście było.

Skończywszy czytać, jeż zamknął gazetę, dłonią przeczesał igły na grzebiecie i wyjrzał przez okno, ale ponieważ było już ciemno zobaczył tylko swoje odbicie, na które nałożyły się zabrudzenia szyby przez co wyglądał jakby miał wąsy i szczeciniaste bokobrody i w tej nagłej charakteryzacji okazało się, że jest podobny do antenata rodziny, Onufrego Igela, który jak powiada rodzinna legenda niosąc na grzebiecie jedno zaledwie i to nadpsute jabłko (straszny szalał wtedy kryzys!) jakimś dziwnym zawirowaniem historii znalazł się tutaj, w Rudzie Pabianickiej, którą ukochał sobie i tu zbudował dom (Szyszkówkę właśnie) i tu też, na pobliskim cmentarzu kazał złożyć swe doczesne szczątki. W domu którego budowę rozpoczął, a którą dokończyli jego synowie i najstarszy wnuk, mieszkali później kolejni potomkowie, rodząc się, mnożąc, dzieląc, sumując i odejmując, kochając i cierpiąc, pogrążając się w odmętach szaleństwa i umierając – aż do ostatniego – Tomasza, który rodu Jeżów (nazwisko Igel z biegiem lat uległo spolszczeniu tłumaczeniem) postanowił nie przedłużać i zostać ostatnim Jeżem w odziedziczonej po przodkach Szyszkówce – o tym wszystkim dumał sobie Jeż Tomasz, kiedy nagle coś mu przerwało.

Tym czymś był dźwięk tłuczonego szkła jaki wywołały spadające z półki szklanki i kieliszki – spadły z niej po nagłym przechyleniu się budynku, którego przyczyną był albo gwałtowny podmuch wiatru, albo przesunięcie się w rozmokłym gruncie części fundamentu, albo obie te rzeczy na raz.

- A niech mnie własne igły kłują! – zaklął jeż i przestraszony zerwał się na równe nogi.

W momencie kiedy wstał coś okropnie trzasnęło, przez momencik było bardzo cicho (nie licząc szumu ulewy za oknem), Szyszkówka jakby przestała pracować, nawet stary zegar z ochrypłą kukułką przystanął na moment i co dziwne – wahadło zastygło w maksymalnym wychyleniu. Wszystko było ciche, spokojne i… krzywe, ale po chwili pomieszczenie ciężko, z trzaskiem się wyprostowało, czas ruszył, zegar zaczął cykać dwa razy szybciej chcąc nadrobić niezamierzony przestój, w oknie pękła szyba, coś głęboko zabulgotało i jednocześnie rozstąpiły się deski podłogi – rozstąpiły się akurat w tym miejscu gdzie stał Tomasz, który nie mając innego wyjścia runął do od lat nieużywanej piwnicy, w której ostatnim razem był jako dziecko. Przestano jej używać gdy zginął gdzieś jedyny pasujący klucz, a z czasem drzwi do niej prowadzące zastawiono ciężką, dębową szafą, w której przechowywano rozmaite narzędzia, wycinki prasowe i słoiki z żołędziową konfiturą.

Tomasz siedział teraz w częściowo zalanym pomieszczeniu, a gdzieś wysoko nad nim, w kuchni kołysała się lampa, bujając się wydobywała z półmroku to powiększające, to zmniejszające się kształty – był to widok z gatunku tych, co nie tyle pozwalają popuścić wodze wyobraźni, lecz wręcz zmuszają ją do galopu, a obrazy i zwidy jakie rodziły te wszystkie czernie, cienie, półcienie i świetlne niedopowiedzenia przyprawiły go o bardzo porządną gęsią skórkę i zjeżyły mu wszystkie igły na grzbiecie. Próbował przyzwyczaić do półmroku wzrok a gdy mu się to udało, zaraz tego przyzwyczajenia pożałował – zobaczył bowiem dziwne kształty pływające wokół niego i doznawszy nagłego wyrzutu adrenaliny, wrzeszcząc wniebogłosy, jakimś nadludzkim (nadjeżym) wysiłkiem wyskoczył przez otwór w suficie z powrotem do kuchni.

- KROKODYLE…. – jęknął ze zgrozą – w mojej piwnicy są krokodyle…

Było to podwójnie przerażające, bo po pierwsze – co do diaska krokodyle robiły na tej szerokości geograficznej, a po drugie, jeżeli nawet coś tu robiły to czemu akurat w jego piwnicy? Opanował przerażenie, przypomniał sobie, że jeden z przyjaciół jego dziadka miał co nieco do czynienia z krokodylami, a sam dziadek zwykł chadzać w butach z krokodylej skóry – i w tym fakcie doszukując się jakiegoś logicznego ciągu zdarzeń, który by mógł doprowadzić do ich obecności w piwnicy, zracjonalizował sobie niemożliwe, i zajrzał ostrożnie do środka, by obejrzeć sobie dokładnie potworne stworzenia. Były naprawdę straszne i było ich bardzo dużo, ale po chwili skonstatował, że zielone podługowate kształty są jakoś zbyt mało żywotne jak na przedstawicieli drapieżnych gadów. Nie drgnęły nawet wtedy, gdy wrzucił im krwisty stek, który miał spożyć na kolację! Po kilku minutach zorientował się, że nie są to żadne zębate potwory a jedynie pływające po piwnicy ogórki kiszone, które musiały wydostać się z potłuczonych w wypadku słoików.

Wskoczył więc w otwór ponownie i już po chwili chrupiąc jednego z niedoszłych krokodyli zabrał się do dalszych oględzin piwnicy.

– No i co? I kto kogo teraz chrupie? – pomyślał nieco rozbawiony rozglądając się po pomieszczeniu.

Nie było tam nic ciekawego, brodząc w wodzie podszedł do ocalałego regału na którym stało więcej słojów z ogórkami, a także słoje puste, potem obszedłszy pomieszczenie znalazł jeszcze jeden regał – ten złożył się sam ze starości, stając się cmentarzyskiem ogórków/krokodyli, znalazł jeszcze więcej słojów z ogórkami, w przeważającej części potłuczonych, zobaczył zamknięte drzwi wejściowe, teraz zastawione od drugiej strony szafą i to było wszystko…

- Bardzo tajemnicza piwnica – pomyślał z przekąsem i już miał się wygramolić z powrotem do kuchni kiedy jego uwagę zwrócił jeden ze słoików, który unosząc się na wodzie pukał o ścianę poruszany falą wywołaną przez jego ruchy. Słoik uderzając o mur wydawał dźwięk, który wskazywał na to że za ścianą jest pusta przestrzeń. O tym Tomasz nic nie wiedział – opukał dla pewności ścianę, a odgłos jaki wydawała upewnił go, że za ścianą nic nie ma.

- Skoro słychać że nic tam nie ma, to znaczy że jest tam miejsce w którym może coś być! Trzeba będzie to sprawdzić – pomyślał. Wyłowił dryfujący stek, zabrał tez kilka kiszonych ogórków i wdrapał się na górę. Szybko przygotował sobie pyszną i pożywną kolację chcąc się wzmocnić przed ciężką pracą jaka go czekała, zjadł ją ze smakiem i – hyc! – wrócił na dół.

Przez następne dwa dni Tomasz ciężko pracował żywiąc się tylko kiszonymi krokodylami i zanim zdołał się przekuć przez ścianę, praktycznie w ogóle nie wychodził na górę, oczywiście poza chwilami kiedy musiał wrócić do kuchni po następny sztuciec, używał bowiem widelców, noży i łyżek jako narzędzi górniczych, a ponieważ przedmioty te niezbyt nadają się do przebijania ścian – bardzo szybko się przy tej pracy zużywały – w tempie 2 widelców, 1,5 noża i 0,75 łyżki na godzinę co dawało 0,07 sztućca na minutę. Te dwa dni wypełnione były od spodu pyłem i gruzem a od góry ciągłym szumem deszczu, którego już nikt nawet nie słyszał – trwał zbyt długo i był zbyt jednostajny. Przez te dwa dni sporo się też zmieniło – lwia część małych leśnych stworzeń, szczególnie tych z najkrótszymi nóżkami uległa podtopieniu, a średnie i większe wymoczeńce siedziały jeszcze smętniejsze, nastroszone i najeżone, starając się myśleć o rzeczach suchych, ze sklepów zaś zniknęły pochłaniacze wilgoci, osuszacze, suszarki, ręczniki oraz worki z piaskiem, natomiast Szyszkówka pogrążyła się o dodatkowe kilkanaście centymetrów w bagnistym błocie w które zamieniła się kwiecista kiedyś łąka. Teraz budynek już nie tyle opierał się o stary dąb ile wisiał na nim jak omdlałe dziewczę w ramionach ukochanego chłopca. Kilkadziesiąt dachówek zdążyło spaść z głuchym pacnięciem w mięsiste błoto, a za każdym razem kiedy budynek osiadał głębiej spowijała go chmura drzazg i drewnianego pyłu z korytarzy drążonych przez korniki – one też nie miały lekko w taką pogodę, drążąc swoje korytarze w mokrym drewnie opijały się bowiem nad miarę i musiały strasznie często biegać do toalety. Tomasz nie zajmował się niczym oprócz kucia otworu i już trzeciego dnia robót, nad ranem stał obok kupy gruzu, przed czarną, zionącą piwniczną stęchlizną dziurą. Zajrzał ostrożnie do środka i omiótł nowo otwarte pomieszczenie snopem światła z czołówki – w środku było pełno zapleśniałych gratów, w kącie cichutko buczała zardzewiała lodówka, a naprzeciwko wejścia stało drewniane biurko, kiedyś chyba bogato zdobione, choć teraz trudno byłoby to z całą pewnością stwierdzić. Tomasz poznał to biurko – gdy był mały, przy tym biurku pracował jego Tatuś, a wcześniej dziadek, przed nim pewnie pradziadek i właściwie nie wiadomo było ile pokoleń polerowało łokciami drewniany blat. Tomasz był pierwszym, który przy antycznym meblu nigdy nie pracował, choć korzystał z niego – jako nieoiglone jeszcze niemowlę sypiał często w jednej z szuflad wyściełanej niepotrzebnymi listami różnych rzeczy. Oprócz lodówki i biurka w piwnicy był jeszcze taboret i duża, trzydrzwiowa szafa, której środkowe drzwi były jednocześnie lustrem.

Na biurku leżał stos książek, usiadł więc na taborecie i otworzył jedną, zatytułowaną „Antonimem meronimu jest holonim.” Leżąca na samym wierzchu książka, nadwerężona warunkami panującymi piwnicy była w kiepskim stanie – pierwsze kilkanaście stron natychmiast rozpadło się w pył, zostały tylko literki „ą” które są najtrwalsze i kilka „r” oraz trzy „m” z czego jedno wielkie. Schował do kieszeni wszystkie „r” bo lubił ich twardy warkot i zaczął czytać od strony czternastej, która teraz była pierwszy raz w swoim papierowym życiu stroną pierwszą. Strona ta zaczynała się od słów:

W tym trzynastostronicowym, przydługim nieco wstępie miałem niewątpliwy zaszczyt wprowadzić czytelników w niezwykły świat wyrazów, które tyle lat zbierałem i katalogowałem. W dziele mym pokładam ogromne nadzieje zainteresowania Rudzian moją kolekcją tychże. Zapraszam do lektury – Hieronim Jeż, kolekcjoner czwartego stopnia, z trzeciego katalogującego pokolenia po kądzieli.

Na następnych stronach były długie słupki różnych wyrazów, niektóre przekreślone, inne podkreślone a choć Tomasz nie mógł nie docenić ogromu pracy jaką ojciec musiał włożyć w swoje dzieło, szybko poczuł się znużony masą słów więc odłożył tomisko na bok i sięgnął po następną książkę – był to zbiór różnych przykładowych druków, formularzy i podań, wszystkie były pisane urzędalikami co oznacza litery i cyfry najlepiej sprawdzające się w różnych urzędowych pismach – były tam podania o pozytywne rozpatrzenie różnych rzeczy, wnioski o wydanie różnych rzeczy i mnóstwo wzorów innych przydatnych dokumentów z których korzystał jego dziadek, który pasjonował się zasadami działania machiny biurokratycznej i z wrodzonej złośliwości czasem próbował zatrzymać jej tryby wykorzystując rozmaite kruczki prawne. Z tego co wiedział, dziadek przegrał walkę z machiną i skończył w wariatkowie gdzie do końca życia pisał podania o zmianę dawkowania leków lub oddanie wiecznie uwalanego resztkami jedzenia kaftanu do szpitalnej pralni.

Trzecią książkę jaką otworzył znał doskonale więc aż uśmiechnął się sam do siebie – była to bowiem jedna z jego ulubionych książek z dzieciństwa – „Tales of whales” czyli „Opowieści o wielorybach”. Anglojęzyczna powieść o brutalnym półświatku chicagowskich wielorybów budujących struktury mafijne w czasach prohibicji przyciągnęła jego uwagę na dłużej – wpatrywał się w kartę tytułową, ciepło wspominając młode lata.

( KLIK! )

Przekartkował jeszcze kilka innych książek, w tym sporo spisanych technicznym żargonem dotyczącym budowy maszyn rozmaitej komplikacji, ale ponieważ żadna nie przyciągnęła jego uwagi na dłużej wstał rozbryzgując nogami wodę i podszedł do trzydrzwiowej szafy. Otworzył środkowe drzwi, te z lustrem – nie było tam nic oprócz starej gazety, która donosiła o mającej się odbyć pierwszy raz w Rudzie Pabianickiej paradzie odmieńców oraz o dorocznym, dotychczas ciepło przyjmowanym (jak głosił artykuł) festiwalu świecenia ludziom latarkami po oknach. Za lewymi drzwiami leżało z łapkami wyciągniętymi sztywno w górę wyliniałe truchło jakiegoś niewielkiego zwierzątka, a obok smutnego, zmumifikowanego zezwłoczka stało kilka pustych butelek po taniej gazolinie. Najciekawsze rzeczy znalazł w trzeciej komorze szafy – z początku się przeraził, gdy otworzywszy drzwi ujrzał szereg głów patrzących na niego. Każda z głów miała inną fryzurę – szybko sobie przypomniał historię tej kolekcji. Należała ona do pradziadka Waldemara, którego nie zdążył poznać osobiście ale o którym często opowiadał Tatuś – otóż pradziadek był strasznym zmarzlakiem i zwolennikiem teorii że najwięcej ciepła ucieka przez czubek głowy i aby tego uniknąć, zawsze miał na głowie futrzaną czapę (podobno nawet pod prysznicem!), oprócz tego dziwactwa pradziadek był mężczyzną, który dużą uwagę przykładał do własnego wyglądu i w związku z tym często odwiedzał fryzjera. Nie chcąc żeby w trakcie strzyżenia uciekło z niego zbyt wiele ciepła odmawiał zdjęcia nakrycia głowy i kazał fryzować sobie włosy czapki a nie własne. W miarę jak zmieniała się moda, kupował nowe czapki a stare, obcięte na różne sposoby odkładał do szafy na głowy manekinów – i tak właśnie powstał zbiór na który teraz patrzył zmoknięty jeż.

Po dokładnym obejrzeniu biurka i szafy, została do sprawdzenia ostatnia rzecz – jak pamiętacie, w pomieszczeniu znajdowała się jeszcze lodówka. Niegdyś biały, dziś pokryty rdzawym nalotem, obły dwukomorowy kadłub z chromowanymi klamkami przy obu drzwiczkach stał w kącie pomrukując cicho. Tomasz podszedł do urządzenia i otworzył drzwi – w środku nie było żadnych resztek, było tam natomiast pełno kabli, płytek elektrycznych, śrubek i kółek zębatych, co dziwne niektóre z kółek cichutko cykały kręcąc się powoli, powoli tez poruszały się różne zapadki, miarowo bujało się zrobione z żeliwnej patelni wahadło. Tomasz nie myśląc zbyt wiele włożył łapkę do środka i zatrzymał je. W tej samej chwili otworzyły się drzwiczki górne – te od zamrażalnika i w środku coś błysnęło, zgasło i błysnęło znowu i takie rozbłyśnięte już zostało, a w środku czegoś tego pływał bezwładnie czarny punkt, po chwili obok tej jasnej plamki z czarną kropką w środku pojawiła się druga i zniknęła trzy razy a potem jak ta pierwsza – już została. I oba czarne punkty w jasnej otoczce zaczęły przesuwać się to w lewo, to w prawo, na chwilę znikały, pojawiały się i wreszcie skupiły się na Tomaszu.

Coś patrzyło na niego. Po chwili to coś chrząknęło, zazgrzytało i odezwało się metalicznie:

- Co robisz? Przestań natychmiast! Natychmiast!

Przestraszony cofnął gwałtownie rękę.

- Przepraszam – wyjąkał – chciałem tylko zajrzeć do lodówki.

- Do lodówki? Tak… kiedyś nią byłam. Stałam tu tak długo, sama… naprawdę długo, minęło tyle czasu, kompletnie straciłam rachubę… Teraz jestem apatyczna, apoplektyczna i nieapetyczna. Nękają mnie wzdęcia i spięcia… – faktycznie gdy Tomasz spojrzał do dolnej komory lodówki zobaczył jak po metalowych elementach pełgały gdzieniegdzie niebieskie ogniki, a w jednym miejscu coś się iskrzyło wydając skwierczące dźwięki.

- Skąd się tu wzięłaś? – podniósł po chwili wzrok.

- Wstawili mnie tu gdy kupili moją następczynię, nowszy model… Ona… Nie musieli jej rozmrażać tak często jak mnie, miała też lepszą klasę… energetyczną – spojrzała na niego smutno – Powoli przestałam być potrzebna… Po jakimś czasie, zwątpiłam już, że zobaczę dzień, że stanę w kuchni z moimi starymi przyjaciółmi, z piekarnikiem i kuchenką, wtedy zaczęłam się też powoli przebudowywać. Chciałam uciec, ale to okazało się bardzo trudne. Żeby się rozbudować, musiałam się trochę na tym poznać, dowiedzieć się wielu rzeczy z zakresu mechaniki, konstruowania maszyn i tym podobnych, zaczęłam więc czytać – wskazała prymitywnym chwytakiem na stos książek – i to mnie zgubiło. Chciałam rozumieć coraz więcej i więcej, dokładałam więc co rusz nowe elementy do mojego modułu myślącego, rozbudowałam mechaniczną pamięć i zwiększałam możliwości analizy symboli znajdujących się w książkach. Zużyłam na to wszystkie dostępne tutaj części… To wszystko jest bardzo skomplikowane – zamilkła na moment i spojrzała w głąb siebie, w bebechy maszynerii, po chwili podniosła wzrok i powiedziała – Nie jestem z tego dumna, ale żeby trwać tutaj przez tyle czasu skanibalizowałam wszystkie mechaniczne i elektryczne urządzenia które tu stały, wszystkie te, które co jakiś czas mieszkańcy zsyłali tu na dół, na wieczne wygnanie. Z każdym nowym zesłańcem walczyłam tak długo, aż nie wymroziłam z niego życia, ich truchła rozkręcałam, rozmontowywałam a po każdym zostawały części, dzięki którym stawałam się silniejsza… Kiedy byłam już prawie gotowa… No cóż, widzisz jak tu jest… Panuje tu wilgoć, a jak się domyślasz wilgoć nie służy zbyt dobrze maszynom takim jak ja… Pochłonięta rozbudowaniem wnętrza zapomniałam o zewnętrzu, skupiłam się na duchu, nie dbając o ciało… no i ani się obejrzałam jak przerdzewiały mi nogi… ludzie z góry zamurowali piwnice i nie miałam już szansy na nowe części… Jedynym ich źródłem jestem teraz ja sama. Nie mogę się stąd ruszyć, nie mogę z elementów samej siebie zbudować sobie nóg – osiągnęłam taki stopień komplikacji, że nieostrożne gmeranie w środku mogłoby zmienić mi osobowość – zamilkła na moment i sięgnęła do samej siebie po szklaneczkę czegoś co zalatywało oktanami i pociągnęła spory łyk – No więc zostałam tu unieruchomiona przez wilgoć a teraz… – wskazała gdzieś w górę – słyszysz co się tam dzieje… Tam leje, od wielu dniu, poziom wody się podnosi, z każdym kolejnym zwarciem zapominam kawałka siebie, powoli zamieniam się w martwy złom, nie zostało mi zbyt wiele czasu – kaszlnęła i oczy jej przygasły. Jeż po chwili odezwał się:

- Ale teraz… gdy ja cię znalazłem, może mógłbym dostarczyć ci potrzebne części, chciałbym ci pomóc, to moi przodkowie cię tu zesłali, zamurowali i zostawili, czuję że jestem ci to po prostu winny…

- Mógłbyś? – spojrzała na niego, a jej oczy rozbłysły nadzieją – Naprawdę, zrobiłbyś to dla mnie?

- Tak… Zbyt dużo już wycierpiałaś, choć i dużo cierpień sprawiłaś mniejszym od ciebie maszynom, ale rozumiem to, największe świętoszki w takich warunkach mogłyby by odrzucić moralność i zasady by stać się potworami i przeżyć…. Myślę że długotrwałą samotnością odpokutowałaś już za rzeczy złe, ja zaś chciałbym naprawić okrucieństwo moich przodków i wyciągnąć cię stąd. Lodówkę co prawda już mam, ale bardzo lubię kiedy ktoś mi czyta przed snem, ty zaś na pewno czytasz świetnie, w końcu konstruowałaś się poniekąd w tym kierunku.. Gdy mi ktoś czyta, lepiej zasypiam, jednak nie ma kto tego robić od kiedy moja mamusia…. – zaszkliły mu się oczy, ale nie wiem czy ze wzruszenia czy z powodu wilgoci.

Rozmawiali tak jeszcze dość długo, aż zrobiło się tak późno, że musieli iść spać – ustalili że Tomasz następnego dnia rankiem uda się na Marysin, do sklepu z częściami do sprzętów AGD i zakupi nogi dla lodówki i tak też zrobił. Rano ubrał się w żółtą pelerynę, wzuł kalosze, rozpostarł nad głową parasol i ruszył przez strugi wody do ścisłego centrum Rudy Pabianickiej – Marysina. Po krótkich pertraktacjach z wąsatym sprzedawcą udało się dobić targu i z kompletem całkiem porządnych nóg pod pachą ruszył z powrotem. Maszerował dziarsko rozbryzgując na wszystkie strony kałuże – aż go skrzyczała jedna pani, której ochlapał rajstopy:

- Jak ja teraz wyglądam? – krzyczała zdenerwowana.

- Tak samo głupio, jak pani wcześniej wyglądała! – krzyknął niegrzecznie, pokazał jej język i pobiegł dalej.

Po jakimś czasie brnąc przez błoto dotarł na skraj łąki gdzie kiedyś stała Szyszkówka. Nie wierzył własnym oczom – teraz jej nie było, padało już tyle czasu że cały budynek zapadł się błoto, zostało tylko trochę potrzaskanych desek – ulewa zebrała w końcu swoje mokre żniwo.

- No i to by było na tyle. Całe szczęście że akurat mnie nie było bo bym zginął – pomyślał Tomasz, spojrzał na nogi które kupił i zrobiło mu się trochę głupio, że tak to wyszło – Nawet nie zapytałem jak miała na imię….

Trzy dni później przestało padać. Jeż Tomasz nie rozpaczał długo po utracie domu, był szczęśliwy, że przeżył. Przeprowadził się z lasu Popioły do bloków wojskowych, po drugiej stronie ulicy Pabianickiej. Pod dębem, obok miejsca gdzie zapadł się w błotnistą czeluść jego dom postawił głaz z wyrytym napisem „Schłodziła grono aniołków”. I nigdy nie kupił sobie lodówki. Czytał sobie sam.

Ogród animalny (przegląd prasy)

Mamy zaszczyt, jako pierwsi, poinformować o pomyślnym zakończeniu wielomiesięcznych pertraktacji między naszym zoo a Urzędem Miejskim – dyrekcji ogrodu animalnego udało się wymusić na władzach niezwykle hojne dofinansowanie i wkrótce nareszcie ruszy upragniony przez Rudzian remont ogrodu zoologicznego – a będzie to remont niemały – nowe wybiegi, nowe klatki, chodniki, place zabaw i budki z pysznościami, będzie to luksus na poziomie niemalże światowym, przepych, szok, szyk i szał, obfitość naszych braci mniejszych ciał! Nareszcie nasze zoo nie będzie w niczym ustępowało innym ogrodom w kraju! Projekty nowego zoo zobowiązała się przygotować zwołana naprędce grupa niezbyt już młodych, lecz wciąż jeszcze dynamicznych (jeśli akurat kto patrzy, bo inaczej to nie) lokomotyw rudzkiego dizajnu..

(dziennik „Szum Neru”, nr 26 /24.769/)


Uprzejmie donosimy – zaprezentowano projekty oraz wykonane z tektury makiety nowego Zoo. Po zapierającej dech w piersi prezentacji nowego ogrodu jego włodarze doszli do wniosku, że stare zwierzęta nie będą się dobrze prezentować w nowych realiach: jako zbyt wyliniałe, sparciałe i wyeksploatowane mogłyby niestety zaburzać estetykę miejsca, dlatego wszystkie groźne przeżytki zostaną uśpione i odsprzedane znanej i szanowanej firmie „Taksydermia. Jan Wypych i syn” a te mniej groźne i nie stwarzające zagrożenia dla człowieka zostaną po napiętnowaniu żegadłem przegnane groźnym tupnięciem umundurowanego stróża. Wypalony gorącym żelazem znak będzie zawierał tekst „Nie karmić! Nie głaskać! Zwierzę niepotrzebne, nr ____.” Na ich miejsce zostaną sprowadzone nowe, piękne i młode, certyfikowane okazy z rodowodami i poświadczeniami dzikości, zdrowe, wykąpane, wyszczotkowane, nakremowane i dobrze wykarmione. Po zakwaterowaniu w nowych wybiegach, zwierzęta zostaną na stałe unieruchomione za pomocą specjalnych rusztowań: brak możliwości ruchu pomoże uniknąć nadmiernego zużywania się nowych (i kosztownych!) mieszkańców a także ułatwi obserwację zwierząt przez klientelę ogrodu zoologicznego.

(dziennik „Szum Neru”, nr 66 /24.810/)


[artykuł sponsorowany]

Wielkie otwarcie! Już jutro! Zapraszamy wszystkich mieszkańców do nowego ogrodu animalnego mieszczącego się przy ulicy Wyścigowej (na terenie dawnych wyścigów konnych). Nowe zwierzęta! Nowe atrakcje! Nowa ekspozycja! Promocje! Konkursy! Hot dogi! Pierogi! Do wygrania kość słoniowa, królicze łapki, kocie skórki, poroża, wyroby z krokodylej skóry, popielniczki z żółwich skorup, dla pań – futra, dla panów – trofea do powieszenia w gabinecie, dla dzieci – orle szpony na proce oraz pawie pióra na pióropusze. Nagrody ufundowane zostały przez poprzednich mieszkańców ogrodu! SERDECZNIE ZAPRASZAMY! Z okazji otwarcia wstęp darmowy – dla dzieci do lat 2. Dla pierwszych pięciu klientów darmowe zdjęcie z unieruchomionym lwem, marabutem i krokodylem, ustawionymi à la „zakopiański miś”. Pamiętaj, odwiedź nas! Koniecznie!

(dziennik „Szum Neru”, nr 178 /24.922/)

 

„ ” poza nawiasem

Matylda siedziała w fotelu ze smętnie spuszczonym nosem, lewą łapką delikatnie obracając szklaneczkę z aromatycznym paliwem, z której od czasu do czasu z delikatnym siorbnięciem pociągała łyk lub dwa. Lewe oko miała leniwie półprzymknięte, a prawym bez większego zainteresowania łypała w mokre listopadowe okno za którym hulał kolejny tego roku orkan, ale Matylda nie mogła sobie przypomnieć jego imienia, zresztą zawsze uważała, że to dziwny zwyczaj by nadawać ludzkie imiona zjawiskom atmosferycznym. Na stoliku, obok fotela, stał mały kryształowy kanister z wyskokową gazoliną, stał też głęboki talerz pełen gorących, parujących kopytek, za którymi Matylda wprost przepadała, obok talerza leżał stary srebrny widelec z ciut powyginanymi zębami (ale to dobrze bo Matylda też miała krzywe zęby, i one świetnie pasowały do widelca, można by rzec, że się świetnie się ze sobą zazębiali), z drugiej strony talerza, tam gdzie powinien leżeć nóż (ale nie leżał, bo Matylda wiedziała że noże są bardzo niebezpieczne), kładła stary rewolwer pradziadka, przy pomocy którego dawno temu popełnił samobójstwo, a którym to rewolwerem bardzo lubiła się bawić, szczególnie kręcić bębenkiem i słuchać jak ten kręcąc się robi „trrrrrrrr”. Spędzając czas w ten sposób, czuła się tak błogo zbędna, rozkosznie bezcelowa i niepotrzebna, będąc całkowicie i zupełnie poza nawiasem. Jakimkolwiek.

Siedziała więc nie myśląc o niczym, popijając, podjadając kopytka, i tak mijały minuty, kwadranse, godziny, i kiedy już właśnie miało zacząć świtać, Matylda poczuła, że jest bardzo ale to bardzo wypełniona kopytkami, chciała się delikatnie poprawić by wygodniej jej było na brzuszku i wtedy nagle, zupełnie dla niej niespodziewanie, trochę ją zemdliło, a kopytka które zjadła przeleciały jej przed oczami niczym jakieś obłe, bezkształtne wspomnienia, a każde z nich kolejno – Pac! Pac! Pac! Pac! – trafiało w kryształowy kanisterek, który zachybotał się nieśmiało, po czym po trafieniu piątym z kolei kopytkiem całkiem już śmiało zeskoczył ze stolika i roztrzaskał się o parkiet, tuż przy żeliwnym kaloryferze, który akurat w tym momencie zrobił „pufff” co tak ją zaskoczyło i przestraszyło, że targnęła się do tyłu, przez co szóste kopytko nie wyleciało poprawnie i próbowało to wpaść, to wypaść nie tą dziurką co trzeba i tak się kręciło zakałapućkane, że pozostałe kopytka (siódme i wyżej) nie miały jak się wydostać więc spanikowały tam środku i w końcu od tego wszystkiego Matylda zrobiła się cała fioletowa (pod sierścią – na zewnątrz była cały czas po swojemu zwyczajnie beżowa), osunęła się na podłogę i zrobiła „hrrr-hrrrghrr” i wtedy przed oczyma zaczęły przelatywać jej najgorsze momenty jej życia, a gdy już przeleciały wszystkie a ona wciąż jakimś cudem żyła, Śmierć która nad tym wszystkim czuwała nie wiedziała już co począć, więc włączyła Matyldzie jej najlepsze wspomnienia – a były to wspomnienia o których Matylda zupełnie ale to zupełnie zapomniała! I były wprost fantastyczne! – jak była małym pieskiem i miała jeszcze mamę, jak dostała swoją pierwszą obrożę, jak chodziła na spacery po lesie, jak stoczyła zwycięską walkę ze swoją pierwszą kością i jak pierwszy raz buńczucznie najeżyła grzbiet na widok kota, który czmychnął na ten widok chociaż była przecież wtedy zupełnie mała… i różne takie, coraz bardziej niewyraźne bo Matyldzie kończył się tlen.

Nagle wszystko zrobiło się mleczno-szare, potem obraz szarpnął raz i drugi interferując sam ze sobą odwróconym do góry nogami, po czym odjechał gdzieś daleko, leciutko furkocząc obrzeżami, Matylda osunęła się na podłogę by wydać ostatnie tchnienie – i wtedy jakoś nagle – szóste kopytko wyskoczyło z niej bardzo wysoko aż pod sufit (widziała to jakby w zwolnionym tempie) potem wróciło i wpadło w nią tą samą drogą, którą przed chwilą się wydostało, brutalnie wepchnęło gdzieś do środka kopytko siódme, to z kolei wepchnęło ósme i po chwili… zaszła reakcja łańcuchowa a te wszystkie kopytka wewnątrz Matyldy… każde znalazło, weszło i wróciło wreszcie na swoje miejsce. Matylda zaczęła oddychać, a Śmierć powiedziała brzydkie słowo na „K” ale nie miejmy jej tego za złe, każdy ma czasem gorszy dzień w pracy. Albo nieudane życie. Albo jeszcze coś mniej istotnego.

~

Uf-uf” – Matylda leżała na podłodze przy kaloryferze z szeroko rozłożonymi łapkami, oddychała głęboko, zmęczona, jeszcze trochę fioletowa (ale tylko pod sierścią!) i bardzo, ale to bardzo szczęśliwa – te wspomnienia… tak bardzo chciała zobaczyć je jeszcze raz, żeby chociaż trochę zechciały poprzelatywać jej przed oczami… Och! Ach! To było takie piękne! Chciała jeszcze! Jeszcze raz i jeszcze!

~

Wkrótce wiedziała już co robić – zebrała się z podłogi, poszła do kuchni, przeżegnała się, zagniotła ziemniaki z mąką i jajkiem, uformowała z ciasta taki podługowaty wałeczek, który potem pocięła na równe sześć ukośnych kawałków, nastawiła garnek wody, wrzuciła szczyptę soli, a gdy woda zaczęła wrzeć – wrzuciła do niej te sześć kawałków.

Po chwili na powierzchnię wody zaczęły wyskakiwać jedno po drugim – kopytka. Wyskoczyło ich oczywiście sześć – tyle samo ile było ukośnych kawałków (ciekawostka: tak jest zawsze, możecie sprawdzić, to prawdopodobnie jakaś matematyczna stała). Matylda przełożyła ostrożnie kopytka na talerzyk i poszła usiąść na fotelu. Przyglądała się im chwilę jak parują, a potem wzięła rewolwer pradziadka, otworzyła bębenek i delikatnie włożyła po jednym kopytku w każdą komorę nabojową. Pasowały idealnie, przy nabijaniu każde z nich delikatnie kląsknęło dotarłszy do końca komory. Były doskonałe.

Zakręciła obrotowy bęben, posłuchała jak robi „trrrrrrrr” i trzask! – jednym ruchem zamknęła go. „No to siup!” powiedziała po chwili, śmiało włożyła lufę do ust i szybko, sześć razy nacisnęła spust. Rewolwer wysunął się jej z łapki i z głucho uderzył o dywan, z wylotu lufy snuła się gorąca para o zapachu kopytek, a Matylda osuwając się na ziemię – po prostu znów sobie troszkę wspominała.

Czy warto podróżować?

Wakacje – jedna z najbardziej wydajnych metod bezsensownego marnotrawienia czasu i innych zasobów, pozornie miła sielanka okaleczająca psychicznie na sam czas jej trwania a także na co najmniej miesiąc przed samym aktem wyjazdu i do dwóch tygodni po powrocie. Wszelakie tego typu wyjazdy, wypady, wycieczki i wojaże służą spędzeniu czasu w mniej wygodnych warunkach niż we własnym domu, za o wiele większe pieniądze, w otoczeniu ludzi, których praktycznie w ogóle nie znamy, nie lubimy i prawdopodobnie nie polubimy bo to za mało czasu żeby kogoś dobrze poznać, ale teraz wychodząc z naszego domku, namiotu lub hotelu będziemy zmuszeni mijać ich codziennie, wymieniając się nic nie znaczącymi uśmiechami i tocząc krótkie i nudne rozmowy na temat pogody lub jadłospisu.

Każdego dnia tej męczarni będziemy chodzić ciągle w te same miejsca na plażach lub nad jeziorami, starając się rozpaczliwie i naprędce odnaleźć w tych okropnych warunkach jakąś uspokajającą rutynę, stworzyć jakieś nowe, choćby i niewielkie rytuały które pozwolą nam to wszystko przetrwać i wrócić z jak najmniejszą traumą w domowe pielesze gdzie będziemy się starać dojść do siebie.

( KLIK ! )

Gdy nam się wrócić już uda – o… wtedy pozornie zapominamy o tym co nas spotkało szczęśliwi samym faktem, że już po wszystkim, że jesteśmy nareszcie u siebie i jakoś wyszliśmy z tego wszystkiego cało, możemy w końcu rozsiąść się w naszym ulubionym, najwygodniejszym z wygodnych foteli i pykając aromatyczną fajeczkę, z taką mądrą zadumą starego obieżyświata opowiadać tym którzy tam nie byli lub byli gdzie indziej o naszych niesamowitych przygodach, możemy opowiadać o tych wszystkich cudeńkach cośmy je ponoć widzieli, dotknęli i w ogóle doznali wszystkimi naszymi wyostrzonymi podróżą zmysłami. Opowiadając to wszystko gdzieś w środku nas wciąż tkwić oczywiście będzie ta dręcząca myśl, że to wszystko było po nic, że tego czasu nie uda się nam odzyskać, że sami na własne życzenie zmarnowaliśmy cenne dni naszego powoli ale jednak nieubłaganie upływającego życia, ale myśl tę szybko zamykamy gdzieś na dnie duszy i przywalamy ją lawiną naszych nowych wspomnień, dla pewności utrwalonych na kolorowych fotografiach, na które po latach patrzeć będziemy z takim gorzkim rozczuleniem czując się jakbyśmy podglądali kogoś kto robi coś bardzo brzydkiego.

(P. Huczek „Przewodnik po CAŁEJ Polsce”, 2009 (fragment przedmowy))

 

Bajka o Panu Borsuku i Wielkim Mieście

~

Żaden Borsuk nigdy nie zostanie zapomniany. Oprócz tego jednego – ostatniego.

~

Pan Borsuk stał na skraju lasu i mrużąc oczy wpatrywał się dłuższą już chwilę w granatową ciemność. Owszem, prowadził raczej nocny tryb życia, więc dobrze widział przy znacznym nawet niedoborze światła, ale mimo wszystko musiał wpatrywać się w mrok bardzo, ale to bardzo uważnie, by jego oko mogło w końcu dostrzec odległą łunę – delikatną, wątłą i drżącą w taki sposób, który zmusił Pana Borsuka by sam sobie przysiągł, że naprawdę ją widzi. Potem zgasił papierosa (musicie wiedzieć, że papierosy są bardzo ale to bardzo niezdrowe i zabijają rocznie o wiele więcej borsuków niż ludzie), przygładził łapką sterczące brwi, westchnął i zamyślił się.

Łuna widziana przez Pana Borsuka nie była niczym innym jak światłami dalekiego Wielkiego Miasta – a On oczywiście bardzo dobrze o tym wiedział. Gdy był jeszcze małym Borsukiem (tak małym, że obie czarne pręgi na jego głowie znajdowały się jeszcze całkowicie jedna na drugiej a nosek miał zupełnie różowy), do tego właśnie miasta wyruszył pewnego dnia jego Dziadek. Pamiętał, że bardzo chciał iść wtedy razem z nim, ale stanowczo sprzeciwiła się temu Mamusia. Mamusia bardzo często sprzeciwiała się stanowczo wielu rzeczom, Dziadek uważał, że o wiele zbyt często i to było jednym z powodów dla których postanowił przedsięwziąć tak niebezpieczną wyprawę i opuścić ukochaną norkę, rodzinne gniazdo ich wszystkich. Krótko mówiąc – Dziadek zmęczony obowiązkami i pretensjami córki opuścił ich i dom, a to znaczy po prostu tyle, że oboje zostali sami i musieli nauczyć się sobie radzić i żyć jakby tak było od zawsze.

Dziadek co prawda opuścił ich, ale nie zniknął tak zupełnie (nie przestał ich oczywiście kochać) – przez kilka lat przysyłał od czasu do czasu pocztówki, w których zawsze pozdrawiał Pana Borsuka i pisał aby ten był grzeczny dla Mamusi, nawet jeśliby się strasznie na nią zdenerwował. Na drugiej natomiast stronie kartoników zawsze znajdowały się niesamowite obrazki, migawki z Wielkiego Miasta, Pan Borsuk oglądał je z zapartym tchem z tak bliska, że aż jedno oko nachodziło mu na drugie (a czasem nawet oczy zamieniały mu się miejscami!) a same obrazki po takim oglądaniu były całe mokre i postemplowane jego dużym nosem i trzeba było je potem suszyć nad piecem, tam gdzie suszyły się skarpetki i liście dębu. Pan Borsuk nie za bardzo rozumiał co przedstawiają obrazki z pocztówek, ale tak bardzo działały mu one na wyobraźnię, że często później leżał z łapkami pod głową i wpatrując się w sufit wyobrażał sobie, że razem z Dziadkiem wędruje przez te wszystkie niesamowitości, mija ogromne budynki, albo jadą razem automobilem, tramwajem lub odwiedzają bogato zaopatrzone sklepy mięsne. Później jednak pocztówki przestały przychodzić, i po kilku zimach Pan Borsuk spróbował przestać na nie czekać i przestać myśleć o Dziadku, ale szczerze mówiąc, mimo ogromnych chęci nie bardzo mu się to udawało.

Tak więc stał teraz na skraju lasu i patrzył w stronę Wielkiego Miasta. Przychodził tu od kilku miesięcy i wystawał tak całe wieczory, wydeptując kółka w trawie i zostawiając okropne ilości strasznie śmierdzących niedopałków, aż w końcu od tego wszystkiego inne borsuki na jego widok poczęły znacząco pukać się w te miejsca na czole które wypadają u tych leśnych zwierzątek dokładnie pomiędzy czarnymi pręgami sierści. Nic sobie z tego jednak nie robił, wciąż grzecznie mówił wszystkim „Dzień dobry” oraz „Dobry wieczór” a także z ciut przesadnie miłym uśmiechem odpowiadał „Dziękuje, dobrze” na jedno z najbardziej irytujących pytań świata – „Co słychać?” Odpowiadał tak dlatego, że był bardzo grzecznym i dobrze wychowanym borsukiem, oraz dlatego żeby mu dano wreszcie spokój i pozwolono się skupić na jego własnych sprawach.

Im starszy się stawał tym częściej jego myśli krążyły na początku nieśmiało, potem coraz śmielej wokół czegoś co my ludzie nazywamy „RODZINĄ” – no i tu trzeba powiedzieć, że rodzina Pana Borsuka w tej chwili nie wyglądała zbyt imponująco: był On i Mamusia, Tatuś jeszcze przed jego narodzinami został ukłusowany o czym w domu rzadko się mówiło, a to z tego powodu że temat ten był dla Mamusi wyjątkowo ciężki – przy każdej próbie pytania o tę historię strasznie zaczynała drżeć jej broda i szybko odwracała się do zlewu niby w nagłej potrzebie wyszorowania jakiegoś akurat strasznie przypalonego garnuszka. Została mu więc tylko Mamusia i teraz jakoś kurczowo chwytał się myśli, że dobrze by było gdyby do domu jednak wrócił Dziadek, kto wie może nauczyliby się znowu żyć razem, Mamusia przecież ostatnimi laty znacznie złagodniała szczególnie odkąd ograniczyła spożycie kasztanowej nalewki.

Trwało to wszystko jakiś czas, aż pewnego wieczoru jakoś tak nagle naszło go żeby w końcu coś z tym wszystkim zrobić, żeby to już tak nie trwało, nie ciągnęło się w nieskończoność, żeby chociaż spróbować, dać sobie i bliskim szansę – i od tych wszystkich myśli aż zaczął szybciej przebierać dolnymi łapkami po wydeptanej darni, górne łapki zaś zaczęły się bujać niby w rytm marszu, aż nastroszył brwi i podniósł sierść na grzbiecie żeby było bardziej bojowo, aż sobie dla dodania animuszu krzyknął „w drogę!” no i wtedy spojrzał na zegarek:

— No tak, będę musiał to jednak odłożyć — pomyślał — jest już listopad….

Tutaj muszę trochę wyjaśnić – borsucze zegarki są zupełnie inne niż zegarki ludzkie – owszem cyferblat również podzielony jest na dwanaście części, ale zegarki te mają tylko jedną wskazówkę i nie wskazują godzin i minut tylko miesiące, a to dlatego że rytm życia borsuków jest zupełnie inny, małe nie chodzą do przedszkola ani do szkoły (nie wiedzą jakże wiele miłych zabaw i ciekawej nauki omija je w ten sposób), a te dorosłe do pracy (te z kolei nie wiedzą jak to przyjemnie dostać wypłatę i kupić sobie coś za własne pieniądze), no i wszystkie borsuki zapadają w sen zimowy, z rzadka się jedynie budząc by coś przekąsić. Dlatego wskazówka zegarka Pana Borsuka wskazując listopad znaczyła, że jest już bardzo późno, zima jest tuż-tuż, niedługo czas spać i nie jest to dobra pora na tak długie spacery, jest to natomiast doskonała pora by najpierw wypełnić brzuszek zapasem miłej i ciepłej strawy a potem zacząć mościć sobie wygodne legowisko (to bardzo ważna czynność – nie ma nic gorszego niż pobudka wiosną z odciśniętą na grzbiecie szyszką, która przez naszą nieuwagę mogłaby się zaplątać gdzieś w fałdkach pościeli).

Kilka miesięcy później gdy zima dostała już w końcu zadyszki, kry na rzekach wreszcie nieśmiało ruszyły ciekawe jakież to przygody będą je czekać za coraz to kolejnymi zakolami rzek, gdy wygłodniałe ptactwo zaczęło wieścić rozmaitymi trelami koniec strasznej biedy i pojawiły się na drzewach pierwsze pąki, Pan Borsuk obudził się – nie obudził się oczywiście od razu cały, bo to bardzo niezdrowo – otworzył najpierw jedno oko, potem otworzył drugie, ale to pierwsze najpierw zamknął, następnie przeciągnął się od lewej górnej łapki do prawej dolnej, później od prawej górnej do lewej dolnej, potem wygiął grzbiet, wziął głęboki oddech, wstał i podrapał się po brzuchu, poszedł do łazienki, umył twarz, wyszczotkował brwi i usiadł na sedesie.

Piętnaście minut później był już całkowicie obudzony, z filiżanką żołędziowej kawy w ręku, właśnie wertował zaległe gazety z grudnia, stycznia i lutego kiedy myśl, która owładnęła nim przed snem powróciła nagle, więc nie tracił już więcej czasu i od razu zaczął się pakować – zdjął z szafy neseser, powkładał do niego wszystkie potrzebne ubranka, pastę czerniącą do sierści, szczoteczkę i pastę do zębów (to było bardzo rozsądne z jego strony – żeby zęby starczyły nam na całe życie należy o nie bardzo dbać i myć je praktycznie po każdym posiłku!), spakował też dwie ulubione książeczki „Animalia Kosmiczne” i „Wielki almanach liści”. Gdy się już w końcu spakował, zjadł kanapkę (bo nie warto wychodzić z domu z pustym brzuszkiem), nacisnął czapkę na uszy, bo tego dnia dość mocno wiało i wyruszył razem ze swymi tęsknotami i pragnieniami. Szedł bardzo długo (dwa dni), noc spędził bezsennie na kupce liści aż rankiem trzeciego dnia stanął wreszcie u bram miasta.

Mimo iż Wielkie Miasto czasy dawnej świetności zdecydowanie miało już za sobą, właściwie bez ogródek można by rzec, że cała tkanka miejska była mocno zdegenerowana i lekko zalatywała próchnem, Panu Borsukowi wydało się wielkim i wspaniałym, a pierwszy kontakt z miejską rzeczywistością strasznie oszołomił naszego bohatera. Rzeka przechodniów zdawała się nie zwracać uwagi na jego małą czarno-białą postać, co chwilę ktoś go potrącał, nie mówiąc nawet przepraszam (to było bardzo niegrzeczne), ktoś nawet opryskliwie warknął do Pana Borsuka – „No ruszże się leśna zawalidrogo”. Wkrótce zorientował się jednak, iż tłum nie był mu wrogi, był po prostu doskonale obojętny, płynął gdzieś do swoich spraw i po dłuższej chwili Pan Borsuk nauczył się przemieszczać się zgodnie z jego rytmem. Z zadartą głową i zapartym tchem rozglądał się: po prawej stronie pyszniły się imponujące budynki – sklep mięsny na witrynie którego prezentowały się apetyczne szynki i kiełbaski, sklep „Rudzianka” z chemikaliami, ryneczek gdzie handlarze śpiewnie zachwalali swój towar, sklep rowerowy pełen błyszczących dwukołowych maszyn, pachnąca apteka aż wreszcie sklep z wyskokowymi gazolinami pod którym tłum zmieniał krok na trochę bardziej rozkołysany, po lewej stronie natomiast sunął nieprzerwany ciąg automobilów, dorożek, a czasem przejeżdżał zdecydowanie zbyt przeładowany pasażerami czerwony rozklekotany tramwaj. Pan Borsuk zdążył jeszcze obejrzeć wystawę sklepu z zabawkami gdzie stały piękne blaszane wozy strażackie i armie ołowianych żołnierzyków kiedy od nadmiaru wrażeń rozbolała go głowa, zawrócił więc i wstąpił do apteki gdzie od pomocnego aptekarza dostał pół tabletki z krzyżykiem – pół bo borsuki mają mniejsze głowy do ludzi, więc i ból był za mały na całą tabletkę.

— Boże, jakiż ja jestem malutki i nic nie znaczący wobec tego wszystkiego — wyszeptał Pan Borsuk i popił tabletkę.

— Jak my wszyscy, jak my wszyscy… — odpowiedział Pan Aptekarz podkręcając wąsa i od czasu do czasu łypiąc ciekawie na leśnego gościa wrócił do układania pudełeczek z pigułkami od najmniej do najbardziej smacznych.

Minęło trochę czasu – Pan Borsuk oswoił się z metropolią, wynajął malutki, przytulny pokoik tuż nad sklepem rybnym, znalazł pracę u miejscowego golibrody gdzie używał ogonka jako pędzelka do rozprowadzania kremu do golenia, po pracy chadzał do biblioteki lub do cukierni na ciastko, no i oczywiście wciąż szukał śladów Dziadka.

I tak mijały miesiące, znowu nastała zima, której Pan Borsuk tym razem nie przespał (nie miał czasu, bo życie w mieście jest o wiele szybsze niż życie w lesie), potem pory roku zaczęły się zmieniać coraz szybciej aż w końcu wiele zim później Pan Borsuk zapomniał po co tu przyjechał i tak wtopił się w miejscową społeczność, że wydawało mu się, że mieszka tu od zawsze.

Ale pamięć mu wróciła kiedy w końcu przypadkiem odnalazł tego kogo szukał – a było to tak:

Pewnego dnia Pan Borsuk wracał z pracy kiedy nagle wzięła go ochota na spacer, a że akurat była piękna pogoda bardzo łatwo dał się namówić sam sobie (borsuki bardzo często rozmawiają same ze sobą – gdy są same rozmawiają na głos, a w myślach jeżeli istnieje choćby cień ryzyka, że ktoś mógłby taką rozmowę podsłuchać). Chodził więc uliczkami Wielkiego Miasta, aż w końcu przydreptał na małą boczną uliczkę, na której dotąd jeszcze nigdy nie był. Uliczka była ślepa, zamknięta wielką, wysoką i bezokienną z  tej strony wieżą, na szczycie której świecił się żółty napis zakładów „PROTECT” – Pan Borsuk domyślił się, że znalazł się na uliczce na tyłach tej potężnej fabryki. Uliczka była bardzo zaniedbana, stało na niej jedynie kilka małych, przekrzywionych i nie wiadomo czy zamieszkanych drewnianych domków, a pomiędzy nie wtulony był mały zakład przed którym zaparkowana była niewielka furgonetka z zakratowanymi okienkami. Na przerdzewiałym szyldzie zakładziku Pan Borsuk z trudem odczytał zatarty upływem czasu napis: „Taksydermia. Jan Wypych i syn”. Nie znał tego słowa, więc wiedziony ciekawością nacisnął klamkę i uchylił skrzypiące drzwi. W środku nachylony nad warsztatem siedział starszy mężczyzna i dłubał w jakimś dziwnym tłumoczku, było jednak zbyt ciemno by dojrzeć czym się właściwie ów jegomość zajmował.

— Dzień dobry – grzecznie zagaił Pan Borsuk.

— Dzień dobry – odpowiedział mu mężczyzna — Czym mogę służyć?

— Obojętnie, jestem wszystkożerny — odpowiedział niepewnie Pan Borsuk.

— Chyba pomylił pan lokale, to nie jest restauracja – roześmiał się mężczyzna i  podał rękę Panu Borsukowi — Wojciech Wypych jestem, do usług.

— Pan Borsuk, bardzo mi miło — powiedział Pan Borsuk.

Chwilę patrzyli na siebie i mężczyzna zorientował się, że jego klient nie bardzo wie po co do niego przyszedł więc postanowił ciut się zareklamować i pokazać mu swój asortyment, wyjął więc na ladę całkiem zakurzonego wypchanego głuszca, obok poustawiał w zmyślną scenkę rodzajową wypchane łasice i kuny a na koniec z dumą wyjął lekko sparciałego starego jeża z guzikami zamiast oczu. Spojrzał Pana Borsuka:

— Niezłe cacka, nieprawdaż? — zapytał, a nie usłyszawszy odpowiedzi zobaczył dziwny wzrok Pana Borsuka wpatrujący się gdzieś w górę, ponad jego ramieniem. Pan Borsuk miał bardzo, ale to bardzo zjeżone brwi (wyglądały wtedy jak dwie druciane szczotki) i najwyraźniej wpadł w jakiś rodzaj stuporu. Sprzedawca powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem i uśmiechnął się:

— O… widzę, że szanowny Pan zna się na rzeczy, to istny majstersztyk, robił go jeszcze sam mistrz Jan Wypych, mój świętej pamięci ojciec — i zdjął z szafy wypchanego borsuka trzymającego w łapkach mosiężną tabliczkę z napisem „Meles meles” co znaczy „Borsuk europejski”.

Był to… Dziadek Pana Borsuka ale… wyglądał jakoś inaczej, był zdecydowanie zbyt sztywny, oczy miał nieruchome, zrobione z czarnych okrągłych paciorków i nie był jak zwykle przygarbiony (to akurat bardzo dobrze, bo to bardzo niezdrowo dla kręgosłupa), niemniej jednak to był Dziadek. Pan Borsuk poczuł jak opuszcza go rozum i zataczając się wybiegł z zakładu.

Odkąd oszalał można go spotkać na ulicach miasta jak z obłędem w oczach przemierza bez celu kolejne kilometry, a za nim często podąża grupka dzieci, rzucając w niego kamieniami i wyzywając go od wariatów i głupków (tak, tak – dzieci potrafią być niestety bardzo okrutne!) – ale wieczorami gdy niegrzeczna dziatwa uda się wreszcie spać Pan Borsuk podąża na skraj miasta, zatrzymuje się tam i mrużąc oczy wpatruje się w granatową ciemność. A gdy niczego w niej dostrzec nie może, odwraca się na pięcie i starając się być jak najmniej widocznym ponownie zanurza się w cały ten wielkomiejski zgiełk gdzie NAPRAWDĘ jest całkiem sam.

Piwnice Rudy

Pod centrum Rudy Pabianickiej zwanym Marysinem ciągnie się w kierunku okolic nieodległych, znanych i oczywistych system głęboko położonych tuneli, ciemnych piwnic i wilgotnych lochów. Piwnice te powstały jeszcze przed 1939 rokiem, i choć dziś większość z nich znajduje się w opłakanym stanie technicznym, to niektóre wciąż jeszcze dobrze służą mieszkańcom powierzchni.

Na rycinie ( KLIK! ) zaznaczono następujące pomieszczenia:

1. Inkaustownia

„Lubię tu bić!” – jak mawiają przedstawiciele młodocianej marysińskiej bandyterki. Spore pomieszczenie gdzie dawnymi czasy urzędnicy trzymali zapasy atramentu, dziś popularne wśród dorastających łobuzów, pełne brudu i brzydkich wyrazów miejsce miłosnych schadzek i brutalnych ciosów w szczepionkę. Nie jest to miejsce gdzie chcielibyśmy znaleźć się wieczorową porą…

2. Fiszatorium

Niewielki loszek gdzie trzymane są na okazje rozmaitych promocji i wyprzedaży stare sandacze, znudzone makrele i stetryczałe halibuty – miejsce przesycone charakterystycznym zapachem, używane również jako małe sanatorium gdzie leczy się nieżyt górnych dróg oddechowych, a także, o czym mało kto wie – miejsce spotkań tajnego stowarzyszenia osób pałających niechęcią do wielu rzeczy. Spotkania odbywają się zawsze dwudziestego dziewiątego lutego (o ile akurat wypada pełnia i broń Boże nie pada)

3. Magazynek zegarmistrza Liczenki

Skład wskazówek, koronek, kopert, datowników, szkiełek, sprężyn, wahadeł i całych zdrowych werków. Najbardziej rozcykane z podziemnych pomieszczeń, naprawdę można tu ogłuchnąć, szczególnie w porze kurantów.

4. Składzik gazolin wyskokowych

Według okolicznej żulerni składzik to „piwnica obiecana”, miejsce zbawienia, raj ostateczny zastawiony świętymi, szklanymi Graalami, pełnymi wysokooktanowej gazoliny – niestety klucz do tego miejsca wisi na szyi Pani Kręplińskiej, kierowniczki wyszynku – biada nieszczęśnikowi, który ośmielił by się podjąć próbę tak zuchwałej i bezczelnej kradzieży!

5. Kwaśna piwniczka

To właśnie tutaj – w „kwaśnej piwniczce” Pani Kręplińska trzyma całe zastępy słojów z ogórkami kiszonymi i takąż kapustą, poustawianych na przemian – ogórki, kapusta, ogórki, kapusta, posegregowanych rocznikami i gabarytami słojów – od najmniejszych, tuż przy wejściu, do największych, istnych gigantów i swoistego popisu trudnego kunsztu kwaszenia. Piwniczka ta jest docelowym miejscem pielgrzymek wszystkich tych, którym przydarzyło się przeholować z gazoliną.

6. Głębiarnia

Miejsce, w którym w roku 1984 znaleziono bezpańską kolekcję żeglarskich artefaktów, stare kostiumy nurkowe oraz pamiętnik Humberto G. Oliváreza. Dziś pomieszczenie to wykorzystywane jest jako pokój odosobnienia dla niegrzecznych dzieci i gabinet wyciszeń.

7. Archiwa fabryki Protect

Skryte w mroku półki dźwigają teczki z danymi mieszkańców Rudy, gromadzonymi przez firmę Protect, która jak sama nazwa wskazuje chroni nas wszystkich. Legenda miejska mówi, że jeżeli w zasięgu wzroku widzisz rozświetloną wieżę z żółtymi literami „Protect” nie może ci się stać nic złego. Niech Protect ma nas w swojej opiece!

Nocne zabawy

Gronostaje oddają się nocą rozmaitym przyjemnym czynnościom: a to tarzają się do nieprzytomności w kwietnym runie lasu liściastego, wzbijając w górę konfetti z płatków i listków, a to obrzucają się żołędziami i uschniętymi gałązkami, chichocząc przy tem nieprzyzwoicie, by potem na oświetlonych księżycem polanach wytrwale kręcić wesołe fikołki i turlać się przez siebie nawzajem, markując miłosne zapasy, a gdy są już naprawdę zdyszane i w dobrym humorze, nad wartkim strumykiem zapalają papierosy „Borsuk light” z filtrem, w sztywnym tekturowym opakowaniu, i gawędzą do rana na tematy okołoleśne, a gdy świt już nastanie, układają się jedne koło drugich, a wszystkie wyciągnięte niczym struny, i wkrótce już całe rzędy futrzastych stworzeń lekko pochrapują, co przy niezbyt jeszcze jasnym świetle wschodzącego dopiero słońca sprawia wrażenie, że faluje i mruczy ziemia odziana w leśne poszycie. I to jest właśnie ten moment kiedy najłatwiej jest zakraść się by cicho powybierać co tłustsze sztuki.

Piotr Maria Krępczewski, myśliwy drugiego stopnia z trzeciego pokolenia – o sposobach polowania na gronostaje

Potwory na drodze

Praktycznie za każdym razem, gdy widzę w tylnym lusterku mej małej blaszanej puszki światła któregoś z tych ohydnych wielokołowych potworów, gdy słyszę te cholerne, przenikliwie natarczywe, wdzierające się pod czaszkę klaksony, i gdy czuję przez tylną szybę napierający gorąc potężnego, złego silnika napędzającego ogromną masę, której najprawdopodobniej jedynym celem jest mnie po prostu zabić, zawsze wtedy mam ochotę zwabić to przeklęte Coś w którąś z bocznych, najlepiej słabo oświetlonych uliczek (idealnie by było, aby w uliczce tej ciężko było żelaznemu olbrzymowi zawrócić i zbiec) – a więc mam ochotę zwabić by zabić, by patrząc mu prosto w reflektory – dusić go, pastwić się nad całym jego chromowanym majestatem, pastwić cały czas bacząc czy nikt postronny nie patrzy, zaciskać dłonie na jego benzynowych żyłach, wyrywać neuronowe połączenia akumulatorowych kabli tak długo dopóki nie zgasną powoli te ohydne świecące ślepia i nie nastanie cisza. Cisza.

Wiadomości (martwa natura)

Nigdy nie oglądał wiadomości – wyzbył się tego zwyczaju już dawno temu, gdy matka jego matki została nieodwracalnie porażona szumem informacyjnym generowanym za pieniądze z abonamentu telewizyjnego – od tej pory zawsze w czasie emisji programu informacyjnego starannie wyłączał, również i z kontaktu, stary kineskopowy telewizor i wygodnie zasiadał na skrzypiącym krześle, przy dębowym stoliku, na którym każdego dnia zwykł był rozstawiać na czarno-białej gazecie słoik ze śledziem bałtyckim marynowanym w iperycie, słoik ogórków kiszonych bez banderoli, kupowanych nielegalnie na rynku od ogórczych kłusowników, ćwiartkę czerstwego chleba o urzekającym zapachu, mącznym spodzie i wypieczonym, spękanym i ciemnym wierzchu, stawiał też wyszczerbioną musztardówkę oraz butelkę akuratnie schłodzonej, niedrogiej rosyjskiej wódki z elegancką etykietką przedstawiającą dwóch XIX-wiecznych bokserów, z których jeden z mocno krwawił z nosa – wódkę tę wedle przepisu dziadka rozrabiał pół na pół z wysokooktanową gazoliną, której zapas zawsze miał w lodówce, w małym kanisterku, by już po chwili móc delektować się trunkiem, podanym w mającej dla niego znaczenie sentymentalne wyżej wymienionej musztardówce (dostał ją od chrzestnego w ważny dzień – nie pamiętał dokładnie – trzeciej lub szóstej komunii świętej, a może po prostu na urodziny) i od czasu do czasu zakąszając ogórkiem lub bałtycką fiszą leniwie przeglądał starą książkę o podbojach mórz i oceanów, książkę pełną obcych i niespokojnych, rozczochranych słów takich jak „bukszpryt” lub „takielunek”, książkę pełną kartek o zatłuszczonych rogach, starannie obłożoną w ukradziony nocą plakat propagandowy „Wyprzedaż dywanów” – lekturę tę od czasu do czasu przerywał, by spojrzeć na naręczny zegarek trzymający się jakimś cudem na parszywie sparciałym pasku, a gdy nadchodziła pora zakończenia wiadomości, dla bezpieczeństwa odczekiwał by sponiewierany sekundnik okrążył tarczę pięć razy, wtedy był już zwykle prawie pewien, że minęło odpowiednio dużo czasu, wstawał więc od stolika, włączał ponownie telewizor, ale nie patrzył już w niego, komentował tylko i rozmawiał z głosami dobiegającymi z głośnika, czasem dogadywali sobie nawzajem, (a raz, ale to było dawno temu, taka dysputa skończyła się karczemną awanturą, w której telewizor zdecydowanie przegrał, dzielnicowy natomiast odniósł pyrrusowe zwycięstwo), konsumpcja zaś trwała aż do czasu pojawienia się kolorowej planszy przerwy telewizyjnej i/lub dna butelki.

Ostatni kawałek Hiszpanii

~

„Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”

~

La Perla Santa

Na niebie od wielu dni nie widać było najmniejszej nawet chmury, a cichy i pusty ocean otaczał najeżony połamanymi masztami galeon – unosząca się wśród bezkresnej pustki trzeszcząca czarna wyspa stała się ponurym więzieniem dla trójki pozostałych przy życiu ludzi. Przez większość dnia milcząc, w skupieniu przepatrywali linię horyzontu z resztkami nadziei na wybawienie, w nocy z niepokojem słuchali głuchego jęku wydawanego przez wręgi kołyszącej się skorupy i nieprzyjemnego głuchego bulgotu jaki od czasu do czasu wydawała otaczająca ich czarna toń wody, a zarówno w dzień i w nocy uważali na siebie nawzajem, gdyż zupełnie już przestali sobie nawzajem ufać.

Resztki podartego ożaglowania służyły ocaleńcom za prowizoryczne okrycia – w dzień chroniły ich przed palącym słońcem, w nocy dawały wątpliwe schronienie przed otulającym wrak chłodem, lin użyto do utrzymania w całości kadłuba, a mimo to, co jakiś czas odrywała się z przerażającym trzaskiem jakaś część poszycia, by po chwili zniknąć w bezkresnej głębi czyniąc coraz mniejszym i mniej pewnym dryfującego trupa, który jeszcze kilka tygodni temu był pięknym i dumnym okrętem. La Perla Santa, bo tak ów okręt się zwał, całkiem niedawno był dla wielu ludzi zamkniętym i kompletnym światem, za granicami którego nie było niczego – niczego jeżeli nie brać pod uwagę bezkresnej, falującej granatowej pustki.

I którejś nocy pustka ta wdarła się w ich życia i zabrała prawie wszystko – cenny ładunek, większość zapasów, a potem powoli i leniwie, acz niezmordowanie drzazgę po drzazdze wykradała im i tak już przecież niewielką przestrzeń, na której żyli.

Po kilku tygodniach w takich warunkach trójka pozostałych przy życiu ludzi widziała i robiła rzeczy, które szybciej niżby się ktoś mógł się spodziewać obrały ich z człowieczeństwa jak wprawne ręce obierają z mięsistej skórki dojrzałą pomarańczę, i bardziej już przypominali zwierzęta niż samych siebie sprzed przecież nie tak całkiem dawna. Trójka ta była najwytrwalsza i niezwykle mocno trzymała się życia, co wciąż pchało ją do najbardziej nieludzkich czynów, aż w końcu, gdy nie było już innych, obrócili się przeciw sobie. I płynęli przez czerń.

Wcześniej

Padre Gael Vergara (ksiądz)

Dzięki ci Panie, za sukces tej wyprawy, za cenne przyprawy, niezliczone bogactwa, któreśmy dzięki Twojej nieocenionej pomocy i naszym żarliwym modlitwom zyskać zdołali, żałuję, iż nie starczyło nam już czasu, ni środków by tych biednych dzikich na naszą wiarę nawrócić, ale daj mi Boże siły, a klnę się na własną matkę, że wrócić tam zdołam i nauki twe zaszczepię w ich bezbożnych sercach, które nie miały dotąd ni odrobiny szczęścia by zaznać Chryste Twej nieskończonej mądrości! Dopomóż mi, a wrócę tam i uratuję ich dusze, nawet jeśli znów musielibyśmy użyć w stosunku do tych prymitywnych dzikich brutalnej siły – to dla ich dobra – tak jak kochająca matka, czasem podczas nauki musi skarcić swe dzieci, tak ja wrócę do nich pełen miłości, lecz surowy i wymagający. Któregoś dnia ich potomkowie będą nam wdzięczni… Amen.

Celso Domínquez (żołnierz)

Ha! w czasie tej wyprawy naciąłem sporo mięsa z boków tych czarnych dzikusów, przed hakownicami naszego oddziału drżeli niczym osika, zupełnie jak nasz okrętowy klecha przed gniewem Pańskim! Ha ha! Przepastne brzucho naszej łajby wypełnione zostało po sam pokład dobrami wszelakimi i gdy dziś kapitan wydał tak wyczekiwany przeze mnie rozkaz – nareszcie zawracamy do mojej wytęsknionej Ojczyzny! Och, jakże się cieszę! – tak bardzo tęskno mi za moją Leticią, po prostu doczekać się już wprost nie mogę gdy zejdę na ląd i chwycę ja w me ramiona, poczuję orzeźwiający zapach jej skóry, przyłożę dłoń do jej brzucha by poczuć jak w jej łonie rośnie moje dziecko! – mam nadzieję, że to syn i mam też nadzieję, że okaże się być do mnie podobny jak dwie krople wody. Ostatnie miesiące z nadzieją, karnie zagryzając zęby, posłusznie wykonywałem rozkazy i teraz już wiem, że dzięki temu i dzięki sowitej opłacie za moją służbę będzie mi dane rozpocząć z moją ukochaną nowe, lepsze życie! Po ciężkich przeżyciach w 1588 nie chciałem już więcej wypływać, ale fakt iż Leticia była brzemienna pchnęła mnie ku tej decyzji i zadowoleniem teraz przyznaje sam przed sobą – jestem człowiekiem spełnionym. Mam wszystko czego mi trzeba. Tak bardzo tęsknię, ale z każdym dniem jestem bliżej domu.

Humberto Goyo Olivárez (pomysłodawca i sponsor wyprawy)

Stoję teraz myśląc o ciężkich miesiącach na pokładzie tego okrętu, który dzielnie zniósł nieprzychylne wiatry i rozmaite trudności, a gdy wilgotny wiatr rozwiewa mi włosy, z dumą myślę o przedsięwzięciu któregom się jakże śmiało podjął – oczywiście miałem wątpliwości, ale warto było zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę, zawsze tak robiłem! Zawsze wierzyłem w swoje szczęście i umiejętności, i miałem kiedyś przeczucie, które pchnęło mnie ku tej wyprawie, choć z początku myślałem, że to czyste szaleństwo i to przeczucie właśnie się spełnia – wracam do domu bogaty i otoczony chwałą!

Później

Padre Gael Vergara (ksiądz)

Jestem ostatnim z trzech żywych, nikogo więcej już nie ma…

~

Alleluja! Dziś rano na szczątkach masztu przysiadła gołębica! Uznałem to za znak, za chwilę skończy się ta niepewność jutra, duszący bezkres morza, skończy się ten przeklęty potop i będę mógł powoli zacząć zacierać wspomnienia tych koszmarnych dni, które tutaj spędziłem. Błagam cię Panie, nie pozwól bym tu został. Jestem jeszcze pełen wiary.

~

Gdy przeglądam swój kajet z rejestrem wszystkich którzy przenieśli się mniej lub bardziej gwałtownie na łono Abrachama… Dobry Boże, tyle bogobojnych, dzielnych ludzi, co się z nami stało? Tyle starań i nadziei, tyle ludzkich losów legło na dnie morza… jeśli mieli szczęście – reszta skończyła o wiele gorzej, a ja zdeterminowany wolą przeżycia brałem w tym haniebny udział… Źle mi z tym, ale teraz jestem tu, na tych ponurych deskach, deskach zrobionych z drzew rosnących kiedyś w mojej słonecznej ojczyźnie, mógłbym przysiąc, że gdy przyłożę do nich dłoń i zamknę oczy wracam do niej, do mojej Katalonii i widzę ją, drżącą w ciężkich promieniach słońca. Ale nie wolno mi zamykać oczu, ta dwójka tylko na to czeka. Miej mnie w swojej opiece.

~

Ojcze Niebieski, pozwól wydostać mi się z tej słonej matni a stanę się prawdziwie dobrym człowiekiem, nie będę więcej nadużywał ni trunków, ni jadła, i będę, przysięgam na własną matkę, będę przykładnym księdzem, Boże litościwy, nie wiem co się z nami stało, widziałem do czego nasz gatunek jest zdolny, widziałem jak wielu ludzi, jeden po drugim tracili rozum, widziałem jak zapierali się Ciebie, widziałem jak ich twarze zmieniały się wykrzywione głodem i nienawiścią pyski dzikich zwierząt… Panie… Teraz jestem ostatnim z trzech… Błagam, nie pozwól temu zwierzęciu Olivárezowi zaszlachtować mnie czarną nocą, daj mi szansę, pozwól mi przeżyć, bym mógł zobaczyć brzegi ukochanej Ojczyzny, a nigdy więcej cię nie zawiodę, a posługa moja stanie się szczerą i oddaną jak nigdy wcześniej… Gdybym miał siłę klęczeć, klęczałbym modląc się o ostatnią szansę… Teraz się już tylko modlę.

~

Dziś w nocy zabiję ich. Amen.

~

Celso Domínquez (żołnierz)

Wszyscy jesteśmy już martwi, ja i tych dwóch popaprańców.

~

Chyba mam gorączkę… Jest mi zimno i zaczynam widzieć rzeczy, które przeczą zdrowemu rozsądkowi… Często ostatnio błądzę myślami gdzieś daleko wstecz, często wracam do roku Pańskiego 1588, pamiętam gdy Alonso Perez de Guzman el Bueno prowadził przez nas błękitne morze prosto na tych cholernych Brytyjczyków… Wielka Armada.. była wtedy niezwyciężona, byliśmy pewni zwycięstwa i każdy z nas z rozkoszą myślał o podrzynaniu gardeł tym bladym wyspiarskim wypierdkom! Gdy płynęliśmy, przysiągłbym, że tafla morza ciężko uginała się pod ciężarem naszych okrętów… Żałuję, że nie widziałem tego z brzegu, żałuję że nie mogłem ujrzeć strachu w ich oczach… i dobry Boże – mogliśmy przecież zwyciężyć, wtedy, pod Plymouth, skąd mogłem to wiedzieć… Wszystko poszło nie tak, a byliśmy przecież tak blisko. Jestem prostym żołnierzem i wtedy gdy nas rozbili, gdy wracaliśmy… myślałem, że widziałem najgorsze rzeczy na świecie, nie wiem czemu, do dziś najbardziej męczą mnie w snach obrazy wyrzucanych za burtę koni i mułów… Gdy śnią mi się ich łby znikające kolejno wśród fal budzę się z krzykiem… Ale teraz już wiem, że to była tylko fraszka, najstraszniejsze rzeczy widziałem tutaj, jestem pewien, że tak smakuje piekło.

~

Gdy cało wróciłem z tamtej wyprawy, poprzysiągłem sobie że, nigdy więcej nie wypłynę już w morze, i że będę się częściej modlił – nie dotrzymałem tej przysięgi, a teraz przyjdzie mi za to zapłacić, na tym przeklętym okręcie… Wiem że dla tej dwójki moje życie nie znaczy nic, widzą we mnie tylko worek z jadłem, więc jeżeli tylko będę miał okazję, zabiję ich, i… cieszę się, że nie jestem tu sam.

~

Są moją ostatnią szansą.

~

Humberto Goyo Olivárez (pomysłodawca i sponsor wyprawy)

Chcę zostać sam…

~

Od tej słonej wody miesza mi się umysł, ale dam radę, czuję to, wytrzymam, muszę wytrzymać… Tylko niech tych dwóch psich synów przestanie między sobą szeptać i na mnie patrzeć – nienawidzę gdy szepcą i toczą za mną tym swoim dzikim wzrokiem. Dziś w nocy spróbuję dobrać się do tego cholernego księdza, mam bliżej niż do tego drugiego, a jeżeli uda mi się zakraść niepostrzeżenie, to przysięgam, że potnę klesze gardło tak, by więcej nie wydobył z siebie nawet jednego dźwięku. Widziałem jak ta parszywa, fałszywie rozmodlona świnia, kryła coś swoim cuchnącym legowisku myśląc, że nie wiem, że się nie domyślam… Ale ja wiem!… (pić, jeszcze trochę, tylko jeden, ostatni kubek…) Ojczulek trzyma tam pewnie resztki z kambuzu i to co zostało po innych… Chryste jestem taki głodny że jeżeli dziś w nocy… Podkradnę się i niech tylko będę odpowiednio blisko tego chrystusowego skurwysyna to dam mu ja już popalić! Oj tak! Teraz jestem czystą furią! – to ja sprzedałem włości i zastawiłem się gdzie popadnie, ryzykując wszystko, majątek i imię, to dzięki mnie popłynęliśmy po chwałę i bogactwa, a ten pomiot suki przyszedł tu na gotowe i teraz chowa, chowa wszystko… i szepcze, całymi nocami szepcze… Wiem, że razem z tą drugą świnią knują przeciwko mnie… Każdy bezgłośny ruch ich warg sprawia, że moja, już teraz pewnie słona, choć wciąż błękitna krew gotuje się we mnie sprawiając mi niewyobrażalny ból. Wy przeklęte pomioty suki, spiskujecie za moimi plecami, chcecie chłeptać nocą moją krew, nocą bo za dnia odwagi wam nie starczy, wiem do czegoście zdolni, bo wiem co nasza piekielna trójca tu wyprawiała wcześniej, aż w końcu dotarliśmy aż tutaj. Jeżeli mnie dopadną, gdy nadejdzie mój czas, to przysięgam na wnętrzności Chrystusa, że zabiorę ich ze sobą. Plwam na nich, świńskie syny!

 ~

Chodźcie tu… Już czas.

~

Ocean

Aż w końcu, którejś z kolei nocy, nocy które dawno przestali liczyć, gdy wbrew swojej woli związani ze sobą na tym najmniejszym i dla nich ostatnim kawałku Iberii, byli już na tyle zdesperowani i pogrążeni w mroku własnych myśli, w rozpaczy i beznadziei, gdy każdy z nich był już na wpół oszalały z głodu, strachu i nienawiści do pozostałej dwójki, nadszedł moment gdy ostatnim szarpnięciem przygaśniętej woli przeżycia już-już chcieli rzucić się na siebie nawzajem, przerwać ten śmiertelny impas, a każdy z nich miał nadzieję, że to właśnie on będzie tym, który potem po raz ostatni w ten sposób nasyci się i napoi, i po raz pierwszy od dawna zaśnie spokojnie, choćby tym razem i na zawsze – wtedy właśnie gdzieś pod ich stopami coś głucho pękło, i można by przysiąc, że dźwięk ten zarazem był rzuconym na nich przekleństwem, resztki kadłuba rozpadły się z potępieńczym jękiem, liny jedna po drugiej poczęły pękać i z okropnym świstem ciąć powietrze, smagając z wściekłością nadwerężone deski pokładu, a każdy taki cios wzbijał w powietrze chmary drzazg, które przez krótki moment wesoło wirowały niczym iskry nad pożogą. Potem coś pękło drugi raz i kikut głównego masztu rozpękł się na dwoje, powoli począł pochylać się, jakby chciał się przyjrzeć całej trójce i  po chwili runął między nich, ledwo zdołali odskoczyć, wytrącił tylko sztylet z dłoni księdza, po czym przeciął swym ciężarem przesiąknięty potem i krwią zmęczony pokład i poszedł na dno. Przez krótki moment przez powstałą wyrwę dojrzeli w świetle księżyca przecięte na pół, zalane kajuty, z których powoli wypływała ich zawartość do której nie mogli się wcześniej dostać: elementy garderoby, naczynia kuchenne, mapy mórz na których byli, świecznik, napuchnięte ciało dziecka, luneta, zepsuta hakownica, otwarty kufer z którego wypływały butle wina (niektóre stłuczone przy uderzeniu tańcząc barwiły wodę radosną czerwienią), beczki z solonym mięsem (!), okulary okrętowego skryby, gdzieś przez moment zawirował szybko niknąc w ciemności różaniec, a na sam koniec powoli osunęło się w głębię mocno nadjedzone przez ryby ciało głównego nawigatora. Wtedy na krótki moment oprzytomnieli, ostatni raz spojrzeli na siebie, i wszystko zrozumieli.

A potem morze pochłonęło ich.

~

la_perla_santa


Słowniczek

Wielka Armada – XVI-wieczna hiszpańska flota wojenna

Alonso Perez de Guzman el Bueno – dowódca hiszpańskiej floty

Plymouth – port Angielski, miejsce w którym Armada nie wykorzystała swojej szansy.

rok 1588 – rok, w którym Wielka Armada została zniszczona.

Iberia – starożytna nazwa Hiszpanii

galeon – żaglowy okręt wojenny lub statek handlowy

hakownica – jeden z najstarszych typów ręcznej broni palnej

Szary szum

Jak każdej nocy odkąd dostałem zlecenie z Centrali i zostałem na czas pomiarów natężenia ruchu zakwaterowany na stancji u Państwa Cicheckich, Szosa Pabianicka wciąż szeleści, szumi i muszę jej przyznać, że całkiem udanie próbuje ukołysać mnie do snu wygrywając oponami automobilów swoje rzewne kołysanki – a gdy już otępiony szarym szumem bezsilnie zapadam się w przepaści łoża tak głęboko, że wpadam w półsenny stupor i całkowicie zobojętniały nie mam już sił ni ochoty by się z tego stanu wydobyć, szosa w swych staraniach nie ustaje, lecz przez całą noc, mógłbym przysiąc, że wije się wokół treści mych snów bezdusznym, asfaltowym cielskiem, nieubłaganie i pracowicie owijając mnie niczym pająk w kokon z pajęczyny beznamiętnych szarych dzwięków.

(Ignacy Mierzyński, urzędnik szóstego stopnia Rudzkiego Wydziału Ruchu Drogowego, 1977)

Jedyne pamiątkowe zdjęcie wykonane przez Mierzyńskiego jakie zachowało się w archiwach do dzisiejszych czasów, podpisane „Intensywny ruch na Szosie Pabianickiej”: KLIK!

Kurpik pospolity

Niewielki ptak z rodziny wróblowatych (Passeridae), ptak osiadły, występuje tam gdzie mieszka człowiek, najliczniejsza populacja występuje w południowych częściach Łodzi, szczególnie w okolicach ulicy Starorudzkiej. Od 1976 roku gatunek ten objęty jest ścisłą ochroną.

Kurpik pospolity (Curpae communis) – KLIK!

Samotność, Matylda i kurz

~

Pucu! Pucu! Chlastu! Chlastu!

Nie mam rączek jedenastu,

Tylko cztery ssawki małe

Na okruszki doskonałe!

~

Od prawie dekady dwupiętrowa kamienica stała pusta i jak to mają w zwyczaju budynki pozbawione gospodarza i wypatroszone z ludzkiego ciepła – niszczała. Niszczała powoli: garbiąc się i nachylając nad jezdnią, jakby pragnęła by ktoś ją zauważył i w niej zamieszkał, gdy w wybitych jej oknach pogwizdywał wiatr niczym syrena śpiewnie nawoływała zbłąkanych przechodniów, kusiła ich bezwstydnie zrzucając tynki i odsłaniając powabnie nagie połacie cegieł – lecz próżne były te wszystkie zabiegi – od bardzo dawna nikt do niej już nie wchodził, ani też jej nie opuszczał, listonosz nie wrzucał do zardzewiałej skrzynki nawet najgłupszych ulotek wiedząc, że nikt ich nie przeczyta, jednym słowem okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że w kamienicy nikt nie mieszka, że budynek jest pusty i zniszczony, i omijali go szerokim łukiem bojąc się zbłąkanych dachówek i gołębiej złośliwości. Lecz kamienica wciąż miała jednego lokatora, o którym od dawna nikt już nie pamiętał.

~

Ma~76 (nazwana przez Starszego Pana Matyldą – od tyldy, którą miała w nazwie modelu) mieszkała w wyżej wspomnianej kamienicy, w lokalu numer sześć, jej świat kończył się wraz z granicami mieszkania, lecz zupełnie to jej nie przeszkadzało i nigdy nie zastanawiała się co właściwie znajduje się za tymi wielkimi drewnianym drzwiami za którymi lata temu na całe godziny znikał Starszy Pan i gdy wracał był z reguły bardzo zdenerwowany. Nigdy nie interesował jej wielki świat, wolała zacisze swojego mieszkania, o ludziach z zewnątrz myślała niechętnie, pomna na to co mówił staruszek:

„Tam na dole, Matyldo, też jest życie, może nawet i bogatsze, ale bagno i brud o niebo większe niż tu, w zacisznej samotni, tam zła i niechętna niczemu tłuszcza spędza cały czas jakim dysponuje mordując się wzajemnie, zdradzając, kradnąc i oszukując, czyniąc rzeczy złe i plugawe, a serca ich są zakurzone i brudne, z pokolenia na pokolenie żyją w ten sposób degenerując się powoli lecz nieubłaganie, a życie ich jest podłe i jałowe. Nie ma tam szczęścia. Z kurzu powstali i w kurz się obrócą.”

Ma~76 była samobieżnym odkurzaczem, wyposażonym przez matkę fabrykę w rozmaite ssawki, turboszczotki, szmatki i całą gamę bardzo skutecznych pucowałek i końcówek polerujących – wszystko to dwie dekady temu z całą pewnością musiało zapierać dech w piersiach każdej nowoczesnej pani domu, lecz dziś Matylda była już stara, często targały nią ataki kaszlu, w czasie których z jej chorego wnętrza unosiły się obłoki roztoczy, ciążył jej od dawna nieopróżniany pojemnik na paproszki, a małe spalinowe serce pracowało nierówno, prychając to błękitnym, to czarnym obłoczkiem, ale wciąż starała się dbać o powierzone jej powierzchnie.

Odkąd dziewięć i pół roku temu Starszy Pan potknął się i upadł, uprzednio wyrżnąwszy z impetem głową o kant masywnego stołu, wydając z siebie głuche i ostatnie stęknięcie, nie widziała nikogo więcej, żyła sobie całkiem sama i nie przykładała się do odkurzania tak dokładnie jak wtedy gdy wiedziała, że ktoś będzie cieszyć się z wyników jej pracy, przestało jej zależeć na dokładności, a coraz bardziej rozregulowane algorytmy sprawiały, że pobieżnie jedynie odkurzała wytarte dywany, ospale wywijała potem szmatką próbując zetrzeć kurz z biblioteczki, ostrożna i dokładna była jedynie przy kryształowej karafce z resztką ulubionej przez Starszego Pana pigwówki, której nie zdążył przed niefortunnym upadkiem wypić, nawiasem mówiąc, karafka ta była ostatnią rzeczą z kredensu której Matylda jeszcze nie potłukła swymi rozregulowanymi chwytakami, a po wykonaniu tych zaprogramowanych czynności, po każdym cyklu sprzątalniczym ostatni kwadrans poświęcała odkurzając, polerując i pucując czaszkę zmarłego właściciela, czesząc chwytakiem do ściereczek w wymyślne zakrętasy te resztki jego włosów, które jeszcze jakimś cudem trzymały się żółtej kości. Robiła to bo chciała żeby Starszy Pan ładnie wyglądał a także dlatego, że go po prostu lubiła. Po zakończeniu tych czynności siadała ze szklaneczką benzyny w starym, wygniecionym, lecz niezwykle wygodnym fotelu, stojącym obok wielkiej donicy z resztkami wybujałej niegdyś palmy, dziś już tylko suchym brązowym wiórem, rachitycznymi łamańcami wznoszącym się z suchej jak pieprz ziemi i przeglądała ciągle ten sam stary katalog ze sprzętem AGD, w którym były zdjęcia jej przodków. Potem zasypiała, a wtedy, gdy w mieszkaniu ustał już wszelki ruch, na jej powierzchni coraz śmielej siadały wszędobylskie drobinki kurzu.

~

pradziadek odkurzacz

Pracownia

pracowniaDziadek bardzo się denerwował gdy mu przeszkadzano, dlatego nikomu nie wolno było wchodzić do jego pracowni gdzie zamykał się by jak mówił „przemyśleć pewną koncepcję”, a chłopiec zawsze zastanawiał się nad dziwnymi dźwiękami, które wtedy dobiegały zza zamkniętych drzwi. KLIK!

Lotnicza

W nieistniejącej już dziś restauracji „Lotnicza”, w której, gdy żył jeszcze, często zaniedbując rodzinne zobowiązania, lubił bywać mój dziadek przysparzając bytnością swoją w tym przeklętym miejscu kolejnych siwych włosów swej umęczonej jego rozbuchaną arcyosobą żonie, a mej dziś już imponująco stareńkiej babuni, w restauracji tej zatem, w każdy czwartek odbywały się rutynowe ćwiczenia na wypadek wizyty znienawidzonego w punktach gastronomicznych Rudy Pabianickiej obcego najeźdźcy zwanego tu sanepidem, i w pewien z takich właśnie czwartków, gdy jako dziecko, w kusych, nadzwyczaj często łatanych maminą ręką spodenkach, podczas jednej z mych indiańskich przepraw przekradałem się z własnoręcznie struganą procą przez cudze posesje i gdy przypadkiem tropy doprowadziły mnie na tyły wyżej wymienionej „Lotniczej” z kuchennych okien tejże speluny wychodzących na zaniedbany ogród, przez który akurat podążałem śladem wrogich bladych twarzy, ogród z ogromnym starym krzewem bzu chylącym się pod masą podbiegłego niezdrową sinością i zwiastującego rychłą burzę kwiecia, prosto w moją rumianą i pomalowaną w wojenne barwy dziecięcą twarz bluzgnęły mi salwy wulgarnego, dorosłego rechotu – wiedziony dziecięcą ciekawością wkrótce poznałem przyczyny rozwiązłego śmiechu – to załoga wyszynku nie mogła się opanować widząc nieporadne starania nowego kuchcika próbującego na hasło „sanepid!” ukryć nieświeże sandacze mięso pod fartuchem pyzatej, miotającej najgorsze przekleństwa sprzątaczki. Na widok ten spiekłem takiego raka, że już nigdy więcej nawet nie myślałem by bawić się w czerwonoskórych, co wkrótce skończyło się wykluczeniem mnie z niewielkiej społeczności rówieśników z mego podwórka.

Ona

Odkąd człowiek stał się zwierzęciem rozumnym zawsze pragnął wznieść się w przestworza, i uparcie, przez całe wieki podejmował niezliczoną ilość prób stworzenia machiny zdolnej oderwać się od ziemi, a podczas prób tych wielokrotnie uciekał się do pomocy naszych braci mniejszych, którzy często pełnili wtedy rolę pilotów testowych, rzadziej asystentów lub doradców a już zupełnie rzadko role do których tak bardzo przywykli na skutek procesu zwanego „udomowieniem”.


19 września 1783, zdarzenie pierwsze (To najstarsze)

Jednymi z pierwszych ludzi, którym udało się przezwyciężyć przyciąganie ziemskie byli bracia Montgolfier, których wynalazek – gondolfiera, ogromny pękaty worek wypełniony ogrzanym aerium – została wyniesiona ku niebu w 1783 roku. Załogą pierwszego udanego lotu była owca, kaczka i kogut. Lot ten był zaledwie początkiem pięknej i ekscytującej historii podniebnych podróży załogowych, a gdy w końcu opanowano już poruszanie się w powietrzu w stopniu doskonałym, wynajdując kolejno sterowce a potem coraz to lepsze i nowocześniejsze samoloty, przyszedł czas na kolejny krok – tym razem ku samym gwiazdom.

4 października 1957, zdarzenie drugie (To najmniej dla historii istotne)

Pierwsze próby podboju kosmosu, walka z siłą przyciągania Matki Ziemi i wreszcie udane wyniesienie martwego żelastwa na wysokość dostępną dotychczas jedynie bogom niewątpliwie musiały być ogromnym wysiłkiem dla ludzkości, ale ponownie cel został osiągnięty – na orbicie ziemskiej znalazło się pierwsze urządzenie wykonane ludzką ręką – Sputnik 1. Wydarzenie to odnotowała na pierwszej stronie każda gazeta, radio wciąż powtarzało słowo „sputnik”, jakby coś się w nim zacięło, podekscytowane dzieci śniły po nocach czarno-białym obrazem, pędziły z zaciśniętymi z emocji piąstkami przez gwiazdy, dorośli więcej niż dotychczas myśleli o samotności i nieskończonej pustce, a po niebie, przez jakiś czas, krążyła nowa, sztuczna gwiazdka wydając trzy razy w ciągu sekundy radiowe piknięcie. Na jej pokładzie nie umieszczono niczego żywego, ale był tam jeden pasażer na gapę – przypadkowo do wnętrza machiny dostał się dorodny okaz muchy (Musca domestica), lecz jako że nie było to zamierzone i nikt w centrum dowodzenia o samowolnej musze nie wiedział nie będziemy więcej o tym pisać – dla nauki lot ten pozostał lotem bezzałogowym.

3 listopada 1957, zdarzenie trzecie (To kluczowe)

Zaledwie sto siedemdziesiąt cztery lata później po wyczynie braci Montgolfier i tylko miesiąc później w ślady pierwszego sputnika poszedł, a raczej poleciał Sputnik 2, i ten w odróżnieniu od poprzednika od początku nie miał być pojazdem bezzałogowym –załoga była mniej liczna niż w 1783, bo na jego pokładzie była tylko ONA, samotna w przestrzeni – Łajka, mały piesek, zrekrutowany wprost z moskiewskiej ulicy.

Delikatna, krucha i piękna w całym majestacie swej kundelkowatej brzydoty Łajka siedziała zamknięta w pozornie bezpiecznej skorupce maszyny, kurczowo trzymając lewą łapkę na dźwigni podajnika karmy, a prawą bezwiednie kręciła gałką radia, wydobywając tym z głośnika symfonię szumów i szereg kakofonicznych etiud. Leciała przez granatową czerń, lecz mimo szeroko otwartych oczu nie podziwiała widoków, którymi później mieli zachwycać się jej ludzcy następcy, w jej źrenicach pędziły odbicia gwiazd, ale ona patrząc na nie – ich nie widziała. Przed jej oczami pędziły równie szybko jak gwiazdy – wspomnienia. Niewielka kabina wypełniła się zapachem stresu, małe serce biło coraz szybciej i szybciej, zacząło robić się wprost nieznośnie gorąco, aż w końcu po zaledwie kilku godzinach lotu Łajka przeszła na drugą stronę. Dokąd odeszła? Podobno wszystkie psy idą do nieba, ale Ona nie mogła tego zrobić, bo już przecież tam była.

lajka

29 lutego 1972, zdarzenie czwarte (To najmniej prawdopodobne)

We wtorkowy poranek 29 lutego, jakieś 40 minut po otwarciu biblioteki przy ulicy Rudzkiej gdzie chyba już od tygodnia trwała wystawa „Człowiek w kosmosie”, na której pokazywano między innymi zdjęcia Jurija Gagarina, Walentiny Tierieszkowej, załogi Apollo 11, Łajki o której przed momentem czytaliśmy, oraz tekturowe modele rakiet i satelit, uchyliły się drzwi i w progu stanął siwy mężczyzna, trzymający na rękach starego, pokasłującego psa. Oczy zwierzęcia kryły się za bielmem, sierść tu i ówdzie wyliniała, widać było że jego najlepsze czasy dawno minęły. Minęli zdjęcia astronautów i zatrzymali się przy zdjęciu Łajki. Mężczyzna cicho nucił melodię „Space oddity”, natomiast pies obwąchał zdjęcie i zasalutował, po czym zza pazuchy wyjął sfatygowanego goździka, którego położył przy fotografii. Po chwili wyszli. Widziałem to tylko ja, ale miałem wtedy zaledwie cztery lata i nikt mi w tę historię nie uwierzył, a dziś sam już nie jestem pewien czy nie jest to jedno z wielu fałszywych wspomnień, które coraz częściej uporczywie mnie nękają.

(Waldemar Titow, Animalia kosmiczne, Łódź 2003, PWN)

~

- Och, mój drogi ordynatorze, doprawdy wprost przewyborne są te pigułki, którymi jestem tu tak obficie raczony przed, po i w trakcie posiłków, a w szczególności do gustu przypadły mi, muszę przyznać, te biało-zielone, a więc dziś, gdy czuję się po nich znacznie lepiej niż przed rozpoczęciem tej spektakularnej terapii, nie omieszkam wykorzystać tej sytuacji by nie wydać moim żołnierzom kilku rozkazów, a być może pokuszę się także o próbę ucieczki z tego miejsca!

- Sanitariusz, 50 mg owsianki!! Szybko!

[szarpanina, okrzyki]prozac

(Napoleon Bonaparte (1956 – 2008), Cesarz Francji i pacjent kliniki psychiatrycznej „Elba”, leczenie: elektrowstrząsy, owsianka, prozac, gimnastyka)

 

Bezroditielnik

Projekt autonomicznego wózka dziecięcego o napędzie spalinowym – model „Bezroditielnik”, rok 1946

Konstruktorem wózka był Stanisław Ilczenko (1905 – 1968), mieszkaniec Rudy Pabianickiej.

Zamysłem wynalazcy było stworzenie wózka przeznaczonego dla sierot, których rodzice zginęli w czasach II wojny światowej. Urządzenie nigdy nie było produkowane seryjnie, działający prototyp zaginął w roku 1976.

KLIK!

Nadejście nowego lasu

O wszystkim dowiedział się, gdy w miesięczniku dla leśniczych przeczytał artykuł „Przyszłość fauny leśnej w obliczu rozwoju przemysłu precyzyjnego i jego potrzeb. Nowe rynki zbytu” – jak obliczył zmiany, o których pisano, miały nadejść już całkiem niedługo, dlatego nie spał od kilku dni i czekał: czekał stojąc w oknie na poddaszu, czekał starając się przebić wzrokiem ciemność lasu, z której czasem słychać było dźwięki świadczące o tym, że jakiemuś futrzastemu stworzonku tak strasznie, okropnie się nie udało, za to jakieś inne, większe, szybsze i wyposażone w ostrzejsze kły i pazury spać będzie spokojne i syte. Takie dźwięki jednak znał i to nie one go interesowały, starał się wychwycić wszystkie inne, nowe, nieznane, świadczące o tym, że nadchodzi to, z czym nie mógł się pogodzić i czemu miał zamiar stawić opór. Oczywiście, że się bał, zmiany zawsze są przerażające, ale właśnie dlatego był wyjątkowo zdeterminowany by powstrzymać to całe szaleństwo, chciał zachować stary porządek rzeczy. Czekał przygotowując się psychicznie na nieuniknione: a to prowadząc pełne ciepła i zrozumienia rozmowy z rodziną, nie jedząc po osiemnastej, i trzy razy dziennie (po każdym myciu zębów) dokładnie i z namaszczeniem czyszcząc broń palną i ćwicząc strzelanie do rzutek.

Trzy dni później doczekał się. Stało się. Przyszło. W czwartek. I oczywiście nad ranem. Takie rzeczy zawsze dzieją się nad ranem. Usłyszał odległy jeszcze trzask drzew, głuche nawoływania, narastające wycie zwierząt i całe spektrum nowych, dziwnych dźwięków.

- A więc zaczęło się – pomyślał

Roztrzęsionymi rękami próbował nabić broń ale rozsypał naboje, które złośliwie potoczyły się po podłodze, zdenerwowany próbował je podnieść, lecz tylko wkopnął je głęboko pod łóżko – próbując na klęczkach sięgnąć po nie, pociągnął niechcąco za kabel i stłukł lampkę, zdusił w krtani bardzo wulgarne słowo, po czym cisnął nieużyteczny już sztucer w kąt pokoju.

- Oczywiście, jak zwykle, spieprzyłem to – powiedział cichutko do siebie.

Następnie okropnie i bardzo, ale to bardzo brzydko spanikował i zajęło mu TO chwilę - ochłonął dopiero na widok patrzących na niego w milczeniu żony i córek, które nie wiadomo kiedy weszły do pokoju.

Podeszli wszyscy do okna, by po chwili zobaczyć w świetle księżyca uciekające z lasu oszalałe zwierzęta: na przedzie zataczał się zdezorientowany niedźwiedź z  plączącymi mu się pod nogami skaczącymi jak pchły szarakami, potem szarpały się dwa lisy splątane kitami zmuszone tym samym do ciągłych prób zgodnej współpracy w biegu, nietypowo, bo nieco z boku biegła zdyszana wilcza wataha, na czele z wielką waderą trzymającą w pysku pęk szarych, kwilących szczeniąt, za nimi ławice kun kłębiły się wspólnie z wijącymi się węgorzowato łasicami, następnie przebierające małymi nóżkami uciekały najszybciej jak się tylko dało nastroszone igłami i strachem jeże, kolejne były oślepione przerażeniem głucho gulgoczące głuszce zderzające się co rusz ze sobą z głuchym plaśnięciem, jakby ktoś klasnął o siebie dwoma pustymi termoforami a na końcu zauważyli trzy wiewiórki – te o dziwo szły spokojnie, ruchy miały oszczędne i jakby wyliczone zawczasu, poruszały się bez zwykłej dla nich nerwowości i roztrzepania, szły spokojne równym rzędem i właściwie wyglądało to tak jakby cała zwierzyna uciekała właśnie przed nimi.

Gdy cała czereda zakręciła na końcu polany, tam gdzie sięgało światło palące się na ganku leśniczówki, zobaczył i nagle pojął co się stało. Wiewiórki były forpocztą nadchodzących zmian, zwiastunem NOWEGO lasu – każda z nich miała wystający z pleców, mosiężny, wolno obracający się kluczyk – były sztuczne, nakręcane, wypełnione po brzegi przekładniami, sprężynami i tym ohydnym i nie do zniesienia szmerem setek małych, zębatych kółek. Wiewiórki przystanęły na chwilę i sprawnie ponakręcały się nawzajem.

Za późno. Już po wszystkim. To koniec – przemknęło mu przez głowę

Nadejście nowego lasu

~

Rano las był już spokojny. Wszyscy mieszkańcy lasu zostali wymienieni na nowych – całkowicie mechanicznych i  nakręcanych. Stare zwierzęta, już niepotrzebne – i fakt, o wiele bardziej awaryjne, zostały ostatecznie wyłapane gdy było już zupełnie widno – i teraz każde z nich, ze spuszczoną głową, nie rozmawiając ze sobą, jechało w nieznane furgonetką z napisem: „Taksydermia. Jan Wypych i syn

I tylko jedna najmniejsza i najbardziej niepozorna z kun zdołała umknąć z pogromu i skryła się na terenie leśniczówki, gdzie żyje do dziś dzień udając małego psa. I trzeba uczciwie przyznać, że całkiem dobrze jej to idzie.