Bajka o Panu Borsuku i Wielkim Mieście

~

Żaden Borsuk nigdy nie zostanie zapomniany. Oprócz tego jednego – ostatniego.

~

Pan Borsuk stał na skraju lasu i mrużąc oczy wpatrywał się dłuższą już chwilę w granatową ciemność. Owszem, prowadził raczej nocny tryb życia, więc dobrze widział przy znacznym nawet niedoborze światła, ale mimo wszystko musiał wpatrywać się w mrok bardzo, ale to bardzo uważnie, by jego oko mogło w końcu dostrzec odległą łunę – delikatną, wątłą i drżącą w taki sposób, który zmusił Pana Borsuka by sam sobie przysiągł, że naprawdę ją widzi. Potem zgasił papierosa (musicie wiedzieć, że papierosy są bardzo ale to bardzo niezdrowe i zabijają rocznie o wiele więcej borsuków niż ludzie), przygładził łapką sterczące brwi, westchnął i zamyślił się.

Łuna widziana przez Pana Borsuka nie była niczym innym jak światłami dalekiego Wielkiego Miasta – a On oczywiście bardzo dobrze o tym wiedział. Gdy był jeszcze małym Borsukiem (tak małym, że obie czarne pręgi na jego głowie znajdowały się jeszcze całkowicie jedna na drugiej a nosek miał zupełnie różowy), do tego właśnie miasta wyruszył pewnego dnia jego Dziadek. Pamiętał, że bardzo chciał iść wtedy razem z nim, ale stanowczo sprzeciwiła się temu Mamusia. Mamusia bardzo często sprzeciwiała się stanowczo wielu rzeczom, Dziadek uważał, że o wiele zbyt często i to było jednym z powodów dla których postanowił przedsięwziąć tak niebezpieczną wyprawę i opuścić ukochaną norkę, rodzinne gniazdo ich wszystkich. Krótko mówiąc – Dziadek zmęczony obowiązkami i pretensjami córki opuścił ich i dom, a to znaczy po prostu tyle, że oboje zostali sami i musieli nauczyć się sobie radzić i żyć jakby tak było od zawsze.

Dziadek co prawda opuścił ich, ale nie zniknął tak zupełnie (nie przestał ich oczywiście kochać) – przez kilka lat przysyłał od czasu do czasu pocztówki, w których zawsze pozdrawiał Pana Borsuka i pisał aby ten był grzeczny dla Mamusi, nawet jeśliby się strasznie na nią zdenerwował. Na drugiej natomiast stronie kartoników zawsze znajdowały się niesamowite obrazki, migawki z Wielkiego Miasta, Pan Borsuk oglądał je z zapartym tchem z tak bliska, że aż jedno oko nachodziło mu na drugie (a czasem nawet oczy zamieniały mu się miejscami!) a same obrazki po takim oglądaniu były całe mokre i postemplowane jego dużym nosem i trzeba było je potem suszyć nad piecem, tam gdzie suszyły się skarpetki i liście dębu. Pan Borsuk nie za bardzo rozumiał co przedstawiają obrazki z pocztówek, ale tak bardzo działały mu one na wyobraźnię, że często później leżał z łapkami pod głową i wpatrując się w sufit wyobrażał sobie, że razem z Dziadkiem wędruje przez te wszystkie niesamowitości, mija ogromne budynki, albo jadą razem automobilem, tramwajem lub odwiedzają bogato zaopatrzone sklepy mięsne. Później jednak pocztówki przestały przychodzić, i po kilku zimach Pan Borsuk spróbował przestać na nie czekać i przestać myśleć o Dziadku, ale szczerze mówiąc, mimo ogromnych chęci nie bardzo mu się to udawało.

Tak więc stał teraz na skraju lasu i patrzył w stronę Wielkiego Miasta. Przychodził tu od kilku miesięcy i wystawał tak całe wieczory, wydeptując kółka w trawie i zostawiając okropne ilości strasznie śmierdzących niedopałków, aż w końcu od tego wszystkiego inne borsuki na jego widok poczęły znacząco pukać się w te miejsca na czole które wypadają u tych leśnych zwierzątek dokładnie pomiędzy czarnymi pręgami sierści. Nic sobie z tego jednak nie robił, wciąż grzecznie mówił wszystkim „Dzień dobry” oraz „Dobry wieczór” a także z ciut przesadnie miłym uśmiechem odpowiadał „Dziękuje, dobrze” na jedno z najbardziej irytujących pytań świata – „Co słychać?” Odpowiadał tak dlatego, że był bardzo grzecznym i dobrze wychowanym borsukiem, oraz dlatego żeby mu dano wreszcie spokój i pozwolono się skupić na jego własnych sprawach.

Im starszy się stawał tym częściej jego myśli krążyły na początku nieśmiało, potem coraz śmielej wokół czegoś co my ludzie nazywamy „RODZINĄ” – no i tu trzeba powiedzieć, że rodzina Pana Borsuka w tej chwili nie wyglądała zbyt imponująco: był On i Mamusia, Tatuś jeszcze przed jego narodzinami został ukłusowany o czym w domu rzadko się mówiło, a to z tego powodu że temat ten był dla Mamusi wyjątkowo ciężki – przy każdej próbie pytania o tę historię strasznie zaczynała drżeć jej broda i szybko odwracała się do zlewu niby w nagłej potrzebie wyszorowania jakiegoś akurat strasznie przypalonego garnuszka. Została mu więc tylko Mamusia i teraz jakoś kurczowo chwytał się myśli, że dobrze by było gdyby do domu jednak wrócił Dziadek, kto wie może nauczyliby się znowu żyć razem, Mamusia przecież ostatnimi laty znacznie złagodniała szczególnie odkąd ograniczyła spożycie kasztanowej nalewki.

Trwało to wszystko jakiś czas, aż pewnego wieczoru jakoś tak nagle naszło go żeby w końcu coś z tym wszystkim zrobić, żeby to już tak nie trwało, nie ciągnęło się w nieskończoność, żeby chociaż spróbować, dać sobie i bliskim szansę – i od tych wszystkich myśli aż zaczął szybciej przebierać dolnymi łapkami po wydeptanej darni, górne łapki zaś zaczęły się bujać niby w rytm marszu, aż nastroszył brwi i podniósł sierść na grzbiecie żeby było bardziej bojowo, aż sobie dla dodania animuszu krzyknął „w drogę!” no i wtedy spojrzał na zegarek:

— No tak, będę musiał to jednak odłożyć — pomyślał — jest już listopad….

Tutaj muszę trochę wyjaśnić – borsucze zegarki są zupełnie inne niż zegarki ludzkie – owszem cyferblat również podzielony jest na dwanaście części, ale zegarki te mają tylko jedną wskazówkę i nie wskazują godzin i minut tylko miesiące, a to dlatego że rytm życia borsuków jest zupełnie inny, małe nie chodzą do przedszkola ani do szkoły (nie wiedzą jakże wiele miłych zabaw i ciekawej nauki omija je w ten sposób), a te dorosłe do pracy (te z kolei nie wiedzą jak to przyjemnie dostać wypłatę i kupić sobie coś za własne pieniądze), no i wszystkie borsuki zapadają w sen zimowy, z rzadka się jedynie budząc by coś przekąsić. Dlatego wskazówka zegarka Pana Borsuka wskazując listopad znaczyła, że jest już bardzo późno, zima jest tuż-tuż, niedługo czas spać i nie jest to dobra pora na tak długie spacery, jest to natomiast doskonała pora by najpierw wypełnić brzuszek zapasem miłej i ciepłej strawy a potem zacząć mościć sobie wygodne legowisko (to bardzo ważna czynność – nie ma nic gorszego niż pobudka wiosną z odciśniętą na grzbiecie szyszką, która przez naszą nieuwagę mogłaby się zaplątać gdzieś w fałdkach pościeli).

Kilka miesięcy później gdy zima dostała już w końcu zadyszki, kry na rzekach wreszcie nieśmiało ruszyły ciekawe jakież to przygody będą je czekać za coraz to kolejnymi zakolami rzek, gdy wygłodniałe ptactwo zaczęło wieścić rozmaitymi trelami koniec strasznej biedy i pojawiły się na drzewach pierwsze pąki, Pan Borsuk obudził się – nie obudził się oczywiście od razu cały, bo to bardzo niezdrowo – otworzył najpierw jedno oko, potem otworzył drugie, ale to pierwsze najpierw zamknął, następnie przeciągnął się od lewej górnej łapki do prawej dolnej, później od prawej górnej do lewej dolnej, potem wygiął grzbiet, wziął głęboki oddech, wstał i podrapał się po brzuchu, poszedł do łazienki, umył twarz, wyszczotkował brwi i usiadł na sedesie.

Piętnaście minut później był już całkowicie obudzony, z filiżanką żołędziowej kawy w ręku, właśnie wertował zaległe gazety z grudnia, stycznia i lutego kiedy myśl, która owładnęła nim przed snem powróciła nagle, więc nie tracił już więcej czasu i od razu zaczął się pakować – zdjął z szafy neseser, powkładał do niego wszystkie potrzebne ubranka, pastę czerniącą do sierści, szczoteczkę i pastę do zębów (to było bardzo rozsądne z jego strony – żeby zęby starczyły nam na całe życie należy o nie bardzo dbać i myć je praktycznie po każdym posiłku!), spakował też dwie ulubione książeczki „Animalia Kosmiczne” i „Wielki almanach liści”. Gdy się już w końcu spakował, zjadł kanapkę (bo nie warto wychodzić z domu z pustym brzuszkiem), nacisnął czapkę na uszy, bo tego dnia dość mocno wiało i wyruszył razem ze swymi tęsknotami i pragnieniami. Szedł bardzo długo (dwa dni), noc spędził bezsennie na kupce liści aż rankiem trzeciego dnia stanął wreszcie u bram miasta.

Mimo iż Wielkie Miasto czasy dawnej świetności zdecydowanie miało już za sobą, właściwie bez ogródek można by rzec, że cała tkanka miejska była mocno zdegenerowana i lekko zalatywała próchnem, Panu Borsukowi wydało się wielkim i wspaniałym, a pierwszy kontakt z miejską rzeczywistością strasznie oszołomił naszego bohatera. Rzeka przechodniów zdawała się nie zwracać uwagi na jego małą czarno-białą postać, co chwilę ktoś go potrącał, nie mówiąc nawet przepraszam (to było bardzo niegrzeczne), ktoś nawet opryskliwie warknął do Pana Borsuka – „No ruszże się leśna zawalidrogo”. Wkrótce zorientował się jednak, iż tłum nie był mu wrogi, był po prostu doskonale obojętny, płynął gdzieś do swoich spraw i po dłuższej chwili Pan Borsuk nauczył się przemieszczać się zgodnie z jego rytmem. Z zadartą głową i zapartym tchem rozglądał się: po prawej stronie pyszniły się imponujące budynki – sklep mięsny na witrynie którego prezentowały się apetyczne szynki i kiełbaski, sklep „Rudzianka” z chemikaliami, ryneczek gdzie handlarze śpiewnie zachwalali swój towar, sklep rowerowy pełen błyszczących dwukołowych maszyn, pachnąca apteka aż wreszcie sklep z wyskokowymi gazolinami pod którym tłum zmieniał krok na trochę bardziej rozkołysany, po lewej stronie natomiast sunął nieprzerwany ciąg automobilów, dorożek, a czasem przejeżdżał zdecydowanie zbyt przeładowany pasażerami czerwony rozklekotany tramwaj. Pan Borsuk zdążył jeszcze obejrzeć wystawę sklepu z zabawkami gdzie stały piękne blaszane wozy strażackie i armie ołowianych żołnierzyków kiedy od nadmiaru wrażeń rozbolała go głowa, zawrócił więc i wstąpił do apteki gdzie od pomocnego aptekarza dostał pół tabletki z krzyżykiem – pół bo borsuki mają mniejsze głowy do ludzi, więc i ból był za mały na całą tabletkę.

— Boże, jakiż ja jestem malutki i nic nie znaczący wobec tego wszystkiego — wyszeptał Pan Borsuk i popił tabletkę.

— Jak my wszyscy, jak my wszyscy… — odpowiedział Pan Aptekarz podkręcając wąsa i od czasu do czasu łypiąc ciekawie na leśnego gościa wrócił do układania pudełeczek z pigułkami od najmniej do najbardziej smacznych.

Minęło trochę czasu – Pan Borsuk oswoił się z metropolią, wynajął malutki, przytulny pokoik tuż nad sklepem rybnym, znalazł pracę u miejscowego golibrody gdzie używał ogonka jako pędzelka do rozprowadzania kremu do golenia, po pracy chadzał do biblioteki lub do cukierni na ciastko, no i oczywiście wciąż szukał śladów Dziadka.

I tak mijały miesiące, znowu nastała zima, której Pan Borsuk tym razem nie przespał (nie miał czasu, bo życie w mieście jest o wiele szybsze niż życie w lesie), potem pory roku zaczęły się zmieniać coraz szybciej aż w końcu wiele zim później Pan Borsuk zapomniał po co tu przyjechał i tak wtopił się w miejscową społeczność, że wydawało mu się, że mieszka tu od zawsze.

Ale pamięć mu wróciła kiedy w końcu przypadkiem odnalazł tego kogo szukał – a było to tak:

Pewnego dnia Pan Borsuk wracał z pracy kiedy nagle wzięła go ochota na spacer, a że akurat była piękna pogoda bardzo łatwo dał się namówić sam sobie (borsuki bardzo często rozmawiają same ze sobą – gdy są same rozmawiają na głos, a w myślach jeżeli istnieje choćby cień ryzyka, że ktoś mógłby taką rozmowę podsłuchać). Chodził więc uliczkami Wielkiego Miasta, aż w końcu przydreptał na małą boczną uliczkę, na której dotąd jeszcze nigdy nie był. Uliczka była ślepa, zamknięta wielką, wysoką i bezokienną z  tej strony wieżą, na szczycie której świecił się żółty napis zakładów „PROTECT” – Pan Borsuk domyślił się, że znalazł się na uliczce na tyłach tej potężnej fabryki. Uliczka była bardzo zaniedbana, stało na niej jedynie kilka małych, przekrzywionych i nie wiadomo czy zamieszkanych drewnianych domków, a pomiędzy nie wtulony był mały zakład przed którym zaparkowana była niewielka furgonetka z zakratowanymi okienkami. Na przerdzewiałym szyldzie zakładziku Pan Borsuk z trudem odczytał zatarty upływem czasu napis: „Taksydermia. Jan Wypych i syn”. Nie znał tego słowa, więc wiedziony ciekawością nacisnął klamkę i uchylił skrzypiące drzwi. W środku nachylony nad warsztatem siedział starszy mężczyzna i dłubał w jakimś dziwnym tłumoczku, było jednak zbyt ciemno by dojrzeć czym się właściwie ów jegomość zajmował.

— Dzień dobry – grzecznie zagaił Pan Borsuk.

— Dzień dobry – odpowiedział mu mężczyzna — Czym mogę służyć?

— Obojętnie, jestem wszystkożerny — odpowiedział niepewnie Pan Borsuk.

— Chyba pomylił pan lokale, to nie jest restauracja – roześmiał się mężczyzna i  podał rękę Panu Borsukowi — Wojciech Wypych jestem, do usług.

— Pan Borsuk, bardzo mi miło — powiedział Pan Borsuk.

Chwilę patrzyli na siebie i mężczyzna zorientował się, że jego klient nie bardzo wie po co do niego przyszedł więc postanowił ciut się zareklamować i pokazać mu swój asortyment, wyjął więc na ladę całkiem zakurzonego wypchanego głuszca, obok poustawiał w zmyślną scenkę rodzajową wypchane łasice i kuny a na koniec z dumą wyjął lekko sparciałego starego jeża z guzikami zamiast oczu. Spojrzał Pana Borsuka:

— Niezłe cacka, nieprawdaż? — zapytał, a nie usłyszawszy odpowiedzi zobaczył dziwny wzrok Pana Borsuka wpatrujący się gdzieś w górę, ponad jego ramieniem. Pan Borsuk miał bardzo, ale to bardzo zjeżone brwi (wyglądały wtedy jak dwie druciane szczotki) i najwyraźniej wpadł w jakiś rodzaj stuporu. Sprzedawca powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem i uśmiechnął się:

— O… widzę, że szanowny Pan zna się na rzeczy, to istny majstersztyk, robił go jeszcze sam mistrz Jan Wypych, mój świętej pamięci ojciec — i zdjął z szafy wypchanego borsuka trzymającego w łapkach mosiężną tabliczkę z napisem „Meles meles” co znaczy „Borsuk europejski”.

Był to… Dziadek Pana Borsuka ale… wyglądał jakoś inaczej, był zdecydowanie zbyt sztywny, oczy miał nieruchome, zrobione z czarnych okrągłych paciorków i nie był jak zwykle przygarbiony (to akurat bardzo dobrze, bo to bardzo niezdrowo dla kręgosłupa), niemniej jednak to był Dziadek. Pan Borsuk poczuł jak opuszcza go rozum i zataczając się wybiegł z zakładu.

Odkąd oszalał można go spotkać na ulicach miasta jak z obłędem w oczach przemierza bez celu kolejne kilometry, a za nim często podąża grupka dzieci, rzucając w niego kamieniami i wyzywając go od wariatów i głupków (tak, tak – dzieci potrafią być niestety bardzo okrutne!) – ale wieczorami gdy niegrzeczna dziatwa uda się wreszcie spać Pan Borsuk podąża na skraj miasta, zatrzymuje się tam i mrużąc oczy wpatruje się w granatową ciemność. A gdy niczego w niej dostrzec nie może, odwraca się na pięcie i starając się być jak najmniej widocznym ponownie zanurza się w cały ten wielkomiejski zgiełk gdzie NAPRAWDĘ jest całkiem sam.

Piwnice Rudy

Pod centrum Rudy Pabianickiej zwanym Marysinem ciągnie się w kierunku okolic nieodległych, znanych i oczywistych system głęboko położonych tuneli, ciemnych piwnic i wilgotnych lochów. Piwnice te powstały jeszcze przed 1939 rokiem, i choć dziś większość z nich znajduje się w opłakanym stanie technicznym, to niektóre wciąż jeszcze dobrze służą mieszkańcom powierzchni.

Na rycinie ( KLIK! ) zaznaczono następujące pomieszczenia:

1. Inkaustownia

„Lubię tu bić!” – jak mawiają przedstawiciele młodocianej marysińskiej bandyterki. Spore pomieszczenie gdzie dawnymi czasy urzędnicy trzymali zapasy atramentu, dziś popularne wśród dorastających łobuzów, pełne brudu i brzydkich wyrazów miejsce miłosnych schadzek i brutalnych ciosów w szczepionkę. Nie jest to miejsce gdzie chcielibyśmy znaleźć się wieczorową porą…

2. Fiszatorium

Niewielki loszek gdzie trzymane są na okazje rozmaitych promocji i wyprzedaży stare sandacze, znudzone makrele i stetryczałe halibuty – miejsce przesycone charakterystycznym zapachem, używane również jako małe sanatorium gdzie leczy się nieżyt górnych dróg oddechowych, a także, o czym mało kto wie – miejsce spotkań tajnego stowarzyszenia osób pałających niechęcią do wielu rzeczy. Spotkania odbywają się zawsze dwudziestego dziewiątego lutego (o ile akurat wypada pełnia i broń Boże nie pada)

3. Magazynek zegarmistrza Liczenki

Skład wskazówek, koronek, kopert, datowników, szkiełek, sprężyn, wahadeł i całych zdrowych werków. Najbardziej rozcykane z podziemnych pomieszczeń, naprawdę można tu ogłuchnąć, szczególnie w porze kurantów.

4. Składzik gazolin wyskokowych

Według okolicznej żulerni składzik to „piwnica obiecana”, miejsce zbawienia, raj ostateczny zastawiony świętymi, szklanymi Graalami, pełnymi wysokooktanowej gazoliny – niestety klucz do tego miejsca wisi na szyi Pani Kręplińskiej, kierowniczki wyszynku – biada nieszczęśnikowi, który ośmielił by się podjąć próbę tak zuchwałej i bezczelnej kradzieży!

5. Kwaśna piwniczka

To właśnie tutaj – w „kwaśnej piwniczce” Pani Kręplińska trzyma całe zastępy słojów z ogórkami kiszonymi i takąż kapustą, poustawianych na przemian – ogórki, kapusta, ogórki, kapusta, posegregowanych rocznikami i gabarytami słojów – od najmniejszych, tuż przy wejściu, do największych, istnych gigantów i swoistego popisu trudnego kunsztu kwaszenia. Piwniczka ta jest docelowym miejscem pielgrzymek wszystkich tych, którym przydarzyło się przeholować z gazoliną.

6. Głębiarnia

Miejsce, w którym w roku 1984 znaleziono bezpańską kolekcję żeglarskich artefaktów, stare kostiumy nurkowe oraz pamiętnik Humberto G. Oliváreza. Dziś pomieszczenie to wykorzystywane jest jako pokój odosobnienia dla niegrzecznych dzieci i gabinet wyciszeń.

7. Archiwa fabryki Protect

Skryte w mroku półki dźwigają teczki z danymi mieszkańców Rudy, gromadzonymi przez firmę Protect, która jak sama nazwa wskazuje chroni nas wszystkich. Legenda miejska mówi, że jeżeli w zasięgu wzroku widzisz rozświetloną wieżę z żółtymi literami „Protect” nie może ci się stać nic złego. Niech Protect ma nas w swojej opiece!

Nocne zabawy

Gronostaje oddają się nocą rozmaitym przyjemnym czynnościom: a to tarzają się do nieprzytomności w kwietnym runie lasu liściastego, wzbijając w górę konfetti z płatków i listków, a to obrzucają się żołędziami i uschniętymi gałązkami, chichocząc przy tem nieprzyzwoicie, by potem na oświetlonych księżycem polanach wytrwale kręcić wesołe fikołki i turlać się przez siebie nawzajem, markując miłosne zapasy, a gdy są już naprawdę zdyszane i w dobrym humorze, nad wartkim strumykiem zapalają papierosy „Borsuk light” z filtrem, w sztywnym tekturowym opakowaniu, i gawędzą do rana na tematy okołoleśne, a gdy świt już nastanie, układają się jedne koło drugich, a wszystkie wyciągnięte niczym struny, i wkrótce już całe rzędy futrzastych stworzeń lekko pochrapują, co przy niezbyt jeszcze jasnym świetle wschodzącego dopiero słońca sprawia wrażenie, że faluje i mruczy ziemia odziana w leśne poszycie. I to jest właśnie ten moment kiedy najłatwiej jest zakraść się by cicho powybierać co tłustsze sztuki.

Piotr Maria Krępczewski, myśliwy drugiego stopnia z trzeciego pokolenia – o sposobach polowania na gronostaje

Potwory na drodze

Praktycznie za każdym razem, gdy widzę w tylnym lusterku mej małej blaszanej puszki światła któregoś z tych ohydnych wielokołowych potworów, gdy słyszę te cholerne, przenikliwie natarczywe, wdzierające się pod czaszkę klaksony, i gdy czuję przez tylną szybę napierający gorąc potężnego, złego silnika napędzającego ogromną masę, której najprawdopodobniej jedynym celem jest mnie po prostu zabić, zawsze wtedy mam ochotę zwabić to przeklęte Coś w którąś z bocznych, najlepiej słabo oświetlonych uliczek (idealnie by było, aby w uliczce tej ciężko było żelaznemu olbrzymowi zawrócić i zbiec) – a więc mam ochotę zwabić by zabić, by patrząc mu prosto w reflektory – dusić go, pastwić się nad całym jego chromowanym majestatem, pastwić cały czas bacząc czy nikt postronny nie patrzy, zaciskać dłonie na jego benzynowych żyłach, wyrywać neuronowe połączenia akumulatorowych kabli tak długo dopóki nie zgasną powoli te ohydne świecące ślepia i nie nastanie cisza. Cisza.

Wiadomości (martwa natura)

Nigdy nie oglądał wiadomości – wyzbył się tego zwyczaju już dawno temu, gdy matka jego matki została nieodwracalnie porażona szumem informacyjnym generowanym za pieniądze z abonamentu telewizyjnego – od tej pory zawsze w czasie emisji programu informacyjnego starannie wyłączał, również i z kontaktu, stary kineskopowy telewizor i wygodnie zasiadał na skrzypiącym krześle, przy dębowym stoliku, na którym każdego dnia zwykł był rozstawiać na czarno-białej gazecie słoik ze śledziem bałtyckim marynowanym w iperycie, słoik ogórków kiszonych bez banderoli, kupowanych nielegalnie na rynku od ogórczych kłusowników, ćwiartkę czerstwego chleba o urzekającym zapachu, mącznym spodzie i wypieczonym, spękanym i ciemnym wierzchu, stawiał też wyszczerbioną musztardówkę oraz butelkę akuratnie schłodzonej, niedrogiej rosyjskiej wódki z elegancką etykietką przedstawiającą dwóch XIX-wiecznych bokserów, z których jeden z mocno krwawił z nosa – wódkę tę wedle przepisu dziadka rozrabiał pół na pół z wysokooktanową gazoliną, której zapas zawsze miał w lodówce, w małym kanisterku, by już po chwili móc delektować się trunkiem, podanym w mającej dla niego znaczenie sentymentalne wyżej wymienionej musztardówce (dostał ją od chrzestnego w ważny dzień – nie pamiętał dokładnie – trzeciej lub szóstej komunii świętej, a może po prostu na urodziny) i od czasu do czasu zakąszając ogórkiem lub bałtycką fiszą leniwie przeglądał starą książkę o podbojach mórz i oceanów, książkę pełną obcych i niespokojnych, rozczochranych słów takich jak „bukszpryt” lub „takielunek”, książkę pełną kartek o zatłuszczonych rogach, starannie obłożoną w ukradziony nocą plakat propagandowy „Wyprzedaż dywanów” – lekturę tę od czasu do czasu przerywał, by spojrzeć na naręczny zegarek trzymający się jakimś cudem na parszywie sparciałym pasku, a gdy nadchodziła pora zakończenia wiadomości, dla bezpieczeństwa odczekiwał by sponiewierany sekundnik okrążył tarczę pięć razy, wtedy był już zwykle prawie pewien, że minęło odpowiednio dużo czasu, wstawał więc od stolika, włączał ponownie telewizor, ale nie patrzył już w niego, komentował tylko i rozmawiał z głosami dobiegającymi z głośnika, czasem dogadywali sobie nawzajem, (a raz, ale to było dawno temu, taka dysputa skończyła się karczemną awanturą, w której telewizor zdecydowanie przegrał, dzielnicowy natomiast odniósł pyrrusowe zwycięstwo), konsumpcja zaś trwała aż do czasu pojawienia się kolorowej planszy przerwy telewizyjnej i/lub dna butelki.

Ostatni kawałek Hiszpanii

~

„Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”

~

La Perla Santa

Na niebie od wielu dni nie widać było najmniejszej nawet chmury, a cichy i pusty ocean otaczał najeżony połamanymi masztami galeon – unosząca się wśród bezkresnej pustki trzeszcząca czarna wyspa stała się ponurym więzieniem dla trójki pozostałych przy życiu ludzi. Przez większość dnia milcząc, w skupieniu przepatrywali linię horyzontu z resztkami nadziei na wybawienie, w nocy z niepokojem słuchali głuchego jęku wydawanego przez wręgi kołyszącej się skorupy i nieprzyjemnego głuchego bulgotu jaki od czasu do czasu wydawała otaczająca ich czarna toń wody, a zarówno w dzień i w nocy uważali na siebie nawzajem, gdyż zupełnie już przestali sobie nawzajem ufać.

Resztki podartego ożaglowania służyły ocaleńcom za prowizoryczne okrycia – w dzień chroniły ich przed palącym słońcem, w nocy dawały wątpliwe schronienie przed otulającym wrak chłodem, lin użyto do utrzymania w całości kadłuba, a mimo to, co jakiś czas odrywała się z przerażającym trzaskiem jakaś część poszycia, by po chwili zniknąć w bezkresnej głębi czyniąc coraz mniejszym i mniej pewnym dryfującego trupa, który jeszcze kilka tygodni temu był pięknym i dumnym okrętem. La Perla Santa, bo tak ów okręt się zwał, całkiem niedawno był dla wielu ludzi zamkniętym i kompletnym światem, za granicami którego nie było niczego – niczego jeżeli nie brać pod uwagę bezkresnej, falującej granatowej pustki.

I którejś nocy pustka ta wdarła się w ich życia i zabrała prawie wszystko – cenny ładunek, większość zapasów, a potem powoli i leniwie, acz niezmordowanie drzazgę po drzazdze wykradała im i tak już przecież niewielką przestrzeń, na której żyli.

Po kilku tygodniach w takich warunkach trójka pozostałych przy życiu ludzi widziała i robiła rzeczy, które szybciej niżby się ktoś mógł się spodziewać obrały ich z człowieczeństwa jak wprawne ręce obierają z mięsistej skórki dojrzałą pomarańczę, i bardziej już przypominali zwierzęta niż samych siebie sprzed przecież nie tak całkiem dawna. Trójka ta była najwytrwalsza i niezwykle mocno trzymała się życia, co wciąż pchało ją do najbardziej nieludzkich czynów, aż w końcu, gdy nie było już innych, obrócili się przeciw sobie. I płynęli przez czerń.

Wcześniej

Padre Gael Vergara (ksiądz)

Dzięki ci Panie, za sukces tej wyprawy, za cenne przyprawy, niezliczone bogactwa, któreśmy dzięki Twojej nieocenionej pomocy i naszym żarliwym modlitwom zyskać zdołali, żałuję, iż nie starczyło nam już czasu, ni środków by tych biednych dzikich na naszą wiarę nawrócić, ale daj mi Boże siły, a klnę się na własną matkę, że wrócić tam zdołam i nauki twe zaszczepię w ich bezbożnych sercach, które nie miały dotąd ni odrobiny szczęścia by zaznać Chryste Twej nieskończonej mądrości! Dopomóż mi, a wrócę tam i uratuję ich dusze, nawet jeśli znów musielibyśmy użyć w stosunku do tych prymitywnych dzikich brutalnej siły – to dla ich dobra – tak jak kochająca matka, czasem podczas nauki musi skarcić swe dzieci, tak ja wrócę do nich pełen miłości, lecz surowy i wymagający. Któregoś dnia ich potomkowie będą nam wdzięczni… Amen.

Celso Domínquez (żołnierz)

Ha! w czasie tej wyprawy naciąłem sporo mięsa z boków tych czarnych dzikusów, przed hakownicami naszego oddziału drżeli niczym osika, zupełnie jak nasz okrętowy klecha przed gniewem Pańskim! Ha ha! Przepastne brzucho naszej łajby wypełnione zostało po sam pokład dobrami wszelakimi i gdy dziś kapitan wydał tak wyczekiwany przeze mnie rozkaz – nareszcie zawracamy do mojej wytęsknionej Ojczyzny! Och, jakże się cieszę! – tak bardzo tęskno mi za moją Leticią, po prostu doczekać się już wprost nie mogę gdy zejdę na ląd i chwycę ja w me ramiona, poczuję orzeźwiający zapach jej skóry, przyłożę dłoń do jej brzucha by poczuć jak w jej łonie rośnie moje dziecko! – mam nadzieję, że to syn i mam też nadzieję, że okaże się być do mnie podobny jak dwie krople wody. Ostatnie miesiące z nadzieją, karnie zagryzając zęby, posłusznie wykonywałem rozkazy i teraz już wiem, że dzięki temu i dzięki sowitej opłacie za moją służbę będzie mi dane rozpocząć z moją ukochaną nowe, lepsze życie! Po ciężkich przeżyciach w 1588 nie chciałem już więcej wypływać, ale fakt iż Leticia była brzemienna pchnęła mnie ku tej decyzji i zadowoleniem teraz przyznaje sam przed sobą – jestem człowiekiem spełnionym. Mam wszystko czego mi trzeba. Tak bardzo tęsknię, ale z każdym dniem jestem bliżej domu.

Humberto Goyo Olivárez (pomysłodawca i sponsor wyprawy)

Stoję teraz myśląc o ciężkich miesiącach na pokładzie tego okrętu, który dzielnie zniósł nieprzychylne wiatry i rozmaite trudności, a gdy wilgotny wiatr rozwiewa mi włosy, z dumą myślę o przedsięwzięciu któregom się jakże śmiało podjął – oczywiście miałem wątpliwości, ale warto było zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę, zawsze tak robiłem! Zawsze wierzyłem w swoje szczęście i umiejętności, i miałem kiedyś przeczucie, które pchnęło mnie ku tej wyprawie, choć z początku myślałem, że to czyste szaleństwo i to przeczucie właśnie się spełnia – wracam do domu bogaty i otoczony chwałą!

Później

Padre Gael Vergara (ksiądz)

Jestem ostatnim z trzech żywych, nikogo więcej już nie ma…

~

Alleluja! Dziś rano na szczątkach masztu przysiadła gołębica! Uznałem to za znak, za chwilę skończy się ta niepewność jutra, duszący bezkres morza, skończy się ten przeklęty potop i będę mógł powoli zacząć zacierać wspomnienia tych koszmarnych dni, które tutaj spędziłem. Błagam cię Panie, nie pozwól bym tu został. Jestem jeszcze pełen wiary.

~

Gdy przeglądam swój kajet z rejestrem wszystkich którzy przenieśli się mniej lub bardziej gwałtownie na łono Abrachama… Dobry Boże, tyle bogobojnych, dzielnych ludzi, co się z nami stało? Tyle starań i nadziei, tyle ludzkich losów legło na dnie morza… jeśli mieli szczęście – reszta skończyła o wiele gorzej, a ja zdeterminowany wolą przeżycia brałem w tym haniebny udział… Źle mi z tym, ale teraz jestem tu, na tych ponurych deskach, deskach zrobionych z drzew rosnących kiedyś w mojej słonecznej ojczyźnie, mógłbym przysiąc, że gdy przyłożę do nich dłoń i zamknę oczy wracam do niej, do mojej Katalonii i widzę ją, drżącą w ciężkich promieniach słońca. Ale nie wolno mi zamykać oczu, ta dwójka tylko na to czeka. Miej mnie w swojej opiece.

~

Ojcze Niebieski, pozwól wydostać mi się z tej słonej matni a stanę się prawdziwie dobrym człowiekiem, nie będę więcej nadużywał ni trunków, ni jadła, i będę, przysięgam na własną matkę, będę przykładnym księdzem, Boże litościwy, nie wiem co się z nami stało, widziałem do czego nasz gatunek jest zdolny, widziałem jak wielu ludzi, jeden po drugim tracili rozum, widziałem jak zapierali się Ciebie, widziałem jak ich twarze zmieniały się wykrzywione głodem i nienawiścią pyski dzikich zwierząt… Panie… Teraz jestem ostatnim z trzech… Błagam, nie pozwól temu zwierzęciu Olivárezowi zaszlachtować mnie czarną nocą, daj mi szansę, pozwól mi przeżyć, bym mógł zobaczyć brzegi ukochanej Ojczyzny, a nigdy więcej cię nie zawiodę, a posługa moja stanie się szczerą i oddaną jak nigdy wcześniej… Gdybym miał siłę klęczeć, klęczałbym modląc się o ostatnią szansę… Teraz się już tylko modlę.

~

Dziś w nocy zabiję ich. Amen.

~

Celso Domínquez (żołnierz)

Wszyscy jesteśmy już martwi, ja i tych dwóch popaprańców.

~

Chyba mam gorączkę… Jest mi zimno i zaczynam widzieć rzeczy, które przeczą zdrowemu rozsądkowi… Często ostatnio błądzę myślami gdzieś daleko wstecz, często wracam do roku Pańskiego 1588, pamiętam gdy Alonso Perez de Guzman el Bueno prowadził przez nas błękitne morze prosto na tych cholernych Brytyjczyków… Wielka Armada.. była wtedy niezwyciężona, byliśmy pewni zwycięstwa i każdy z nas z rozkoszą myślał o podrzynaniu gardeł tym bladym wyspiarskim wypierdkom! Gdy płynęliśmy, przysiągłbym, że tafla morza ciężko uginała się pod ciężarem naszych okrętów… Żałuję, że nie widziałem tego z brzegu, żałuję że nie mogłem ujrzeć strachu w ich oczach… i dobry Boże – mogliśmy przecież zwyciężyć, wtedy, pod Plymouth, skąd mogłem to wiedzieć… Wszystko poszło nie tak, a byliśmy przecież tak blisko. Jestem prostym żołnierzem i wtedy gdy nas rozbili, gdy wracaliśmy… myślałem, że widziałem najgorsze rzeczy na świecie, nie wiem czemu, do dziś najbardziej męczą mnie w snach obrazy wyrzucanych za burtę koni i mułów… Gdy śnią mi się ich łby znikające kolejno wśród fal budzę się z krzykiem… Ale teraz już wiem, że to była tylko fraszka, najstraszniejsze rzeczy widziałem tutaj, jestem pewien, że tak smakuje piekło.

~

Gdy cało wróciłem z tamtej wyprawy, poprzysiągłem sobie że, nigdy więcej nie wypłynę już w morze, i że będę się częściej modlił – nie dotrzymałem tej przysięgi, a teraz przyjdzie mi za to zapłacić, na tym przeklętym okręcie… Wiem że dla tej dwójki moje życie nie znaczy nic, widzą we mnie tylko worek z jadłem, więc jeżeli tylko będę miał okazję, zabiję ich, i… cieszę się, że nie jestem tu sam.

~

Są moją ostatnią szansą.

~

Humberto Goyo Olivárez (pomysłodawca i sponsor wyprawy)

Chcę zostać sam…

~

Od tej słonej wody miesza mi się umysł, ale dam radę, czuję to, wytrzymam, muszę wytrzymać… Tylko niech tych dwóch psich synów przestanie między sobą szeptać i na mnie patrzeć – nienawidzę gdy szepcą i toczą za mną tym swoim dzikim wzrokiem. Dziś w nocy spróbuję dobrać się do tego cholernego księdza, mam bliżej niż do tego drugiego, a jeżeli uda mi się zakraść niepostrzeżenie, to przysięgam, że potnę klesze gardło tak, by więcej nie wydobył z siebie nawet jednego dźwięku. Widziałem jak ta parszywa, fałszywie rozmodlona świnia, kryła coś swoim cuchnącym legowisku myśląc, że nie wiem, że się nie domyślam… Ale ja wiem!… (pić, jeszcze trochę, tylko jeden, ostatni kubek…) Ojczulek trzyma tam pewnie resztki z kambuzu i to co zostało po innych… Chryste jestem taki głodny że jeżeli dziś w nocy… Podkradnę się i niech tylko będę odpowiednio blisko tego chrystusowego skurwysyna to dam mu ja już popalić! Oj tak! Teraz jestem czystą furią! – to ja sprzedałem włości i zastawiłem się gdzie popadnie, ryzykując wszystko, majątek i imię, to dzięki mnie popłynęliśmy po chwałę i bogactwa, a ten pomiot suki przyszedł tu na gotowe i teraz chowa, chowa wszystko… i szepcze, całymi nocami szepcze… Wiem, że razem z tą drugą świnią knują przeciwko mnie… Każdy bezgłośny ruch ich warg sprawia, że moja, już teraz pewnie słona, choć wciąż błękitna krew gotuje się we mnie sprawiając mi niewyobrażalny ból. Wy przeklęte pomioty suki, spiskujecie za moimi plecami, chcecie chłeptać nocą moją krew, nocą bo za dnia odwagi wam nie starczy, wiem do czegoście zdolni, bo wiem co nasza piekielna trójca tu wyprawiała wcześniej, aż w końcu dotarliśmy aż tutaj. Jeżeli mnie dopadną, gdy nadejdzie mój czas, to przysięgam na wnętrzności Chrystusa, że zabiorę ich ze sobą. Plwam na nich, świńskie syny!

 ~

Chodźcie tu… Już czas.

~

Ocean

Aż w końcu, którejś z kolei nocy, nocy które dawno przestali liczyć, gdy wbrew swojej woli związani ze sobą na tym najmniejszym i dla nich ostatnim kawałku Iberii, byli już na tyle zdesperowani i pogrążeni w mroku własnych myśli, w rozpaczy i beznadziei, gdy każdy z nich był już na wpół oszalały z głodu, strachu i nienawiści do pozostałej dwójki, nadszedł moment gdy ostatnim szarpnięciem przygaśniętej woli przeżycia już-już chcieli rzucić się na siebie nawzajem, przerwać ten śmiertelny impas, a każdy z nich miał nadzieję, że to właśnie on będzie tym, który potem po raz ostatni w ten sposób nasyci się i napoi, i po raz pierwszy od dawna zaśnie spokojnie, choćby tym razem i na zawsze – wtedy właśnie gdzieś pod ich stopami coś głucho pękło, i można by przysiąc, że dźwięk ten zarazem był rzuconym na nich przekleństwem, resztki kadłuba rozpadły się z potępieńczym jękiem, liny jedna po drugiej poczęły pękać i z okropnym świstem ciąć powietrze, smagając z wściekłością nadwerężone deski pokładu, a każdy taki cios wzbijał w powietrze chmary drzazg, które przez krótki moment wesoło wirowały niczym iskry nad pożogą. Potem coś pękło drugi raz i kikut głównego masztu rozpękł się na dwoje, powoli począł pochylać się, jakby chciał się przyjrzeć całej trójce i  po chwili runął między nich, ledwo zdołali odskoczyć, wytrącił tylko sztylet z dłoni księdza, po czym przeciął swym ciężarem przesiąknięty potem i krwią zmęczony pokład i poszedł na dno. Przez krótki moment przez powstałą wyrwę dojrzeli w świetle księżyca przecięte na pół, zalane kajuty, z których powoli wypływała ich zawartość do której nie mogli się wcześniej dostać: elementy garderoby, naczynia kuchenne, mapy mórz na których byli, świecznik, napuchnięte ciało dziecka, luneta, zepsuta hakownica, otwarty kufer z którego wypływały butle wina (niektóre stłuczone przy uderzeniu tańcząc barwiły wodę radosną czerwienią), beczki z solonym mięsem (!), okulary okrętowego skryby, gdzieś przez moment zawirował szybko niknąc w ciemności różaniec, a na sam koniec powoli osunęło się w głębię mocno nadjedzone przez ryby ciało głównego nawigatora. Wtedy na krótki moment oprzytomnieli, ostatni raz spojrzeli na siebie, i wszystko zrozumieli.

A potem morze pochłonęło ich.

~

la_perla_santa


Słowniczek

Wielka Armada – XVI-wieczna hiszpańska flota wojenna

Alonso Perez de Guzman el Bueno – dowódca hiszpańskiej floty

Plymouth – port Angielski, miejsce w którym Armada nie wykorzystała swojej szansy.

rok 1588 – rok, w którym Wielka Armada została zniszczona.

Iberia – starożytna nazwa Hiszpanii

galeon – żaglowy okręt wojenny lub statek handlowy

hakownica – jeden z najstarszych typów ręcznej broni palnej

Szary szum

Jak każdej nocy odkąd dostałem zlecenie z Centrali i zostałem na czas pomiarów natężenia ruchu zakwaterowany na stancji u Państwa Cicheckich, Szosa Pabianicka wciąż szeleści, szumi i muszę jej przyznać, że całkiem udanie próbuje ukołysać mnie do snu wygrywając oponami automobilów swoje rzewne kołysanki – a gdy już otępiony szarym szumem bezsilnie zapadam się w przepaści łoża tak głęboko, że wpadam w półsenny stupor i całkowicie zobojętniały nie mam już sił ni ochoty by się z tego stanu wydobyć, szosa w swych staraniach nie ustaje, lecz przez całą noc, mógłbym przysiąc, że wije się wokół treści mych snów bezdusznym, asfaltowym cielskiem, nieubłaganie i pracowicie owijając mnie niczym pająk w kokon z pajęczyny beznamiętnych szarych dzwięków.

(Ignacy Mierzyński, urzędnik szóstego stopnia Rudzkiego Wydziału Ruchu Drogowego, 1977)

Jedyne pamiątkowe zdjęcie wykonane przez Mierzyńskiego jakie zachowało się w archiwach do dzisiejszych czasów, podpisane „Intensywny ruch na Szosie Pabianickiej”: KLIK!

Kurpik pospolity

Niewielki ptak z rodziny wróblowatych (Passeridae), ptak osiadły, występuje tam gdzie mieszka człowiek, najliczniejsza populacja występuje w południowych częściach Łodzi, szczególnie w okolicach ulicy Starorudzkiej. Od 1976 roku gatunek ten objęty jest ścisłą ochroną.

Kurpik pospolity (Curpae communis) – KLIK!

Samotność, Matylda i kurz

~

Pucu! Pucu! Chlastu! Chlastu!

Nie mam rączek jedenastu,

Tylko cztery ssawki małe

Na okruszki doskonałe!

~

Od prawie dekady dwupiętrowa kamienica stała pusta i jak to mają w zwyczaju budynki pozbawione gospodarza i wypatroszone z ludzkiego ciepła – niszczała. Niszczała powoli: garbiąc się i nachylając nad jezdnią, jakby pragnęła by ktoś ją zauważył i w niej zamieszkał, gdy w wybitych jej oknach pogwizdywał wiatr niczym syrena śpiewnie nawoływała zbłąkanych przechodniów, kusiła ich bezwstydnie zrzucając tynki i odsłaniając powabnie nagie połacie cegieł – lecz próżne były te wszystkie zabiegi – od bardzo dawna nikt do niej już nie wchodził, ani też jej nie opuszczał, listonosz nie wrzucał do zardzewiałej skrzynki nawet najgłupszych ulotek wiedząc, że nikt ich nie przeczyta, jednym słowem okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że w kamienicy nikt nie mieszka, że budynek jest pusty i zniszczony, i omijali go szerokim łukiem bojąc się zbłąkanych dachówek i gołębiej złośliwości. Lecz kamienica wciąż miała jednego lokatora, o którym od dawna nikt już nie pamiętał.

~

Ma~76 (nazwana przez Starszego Pana Matyldą – od tyldy, którą miała w nazwie modelu) mieszkała w wyżej wspomnianej kamienicy, w lokalu numer sześć, jej świat kończył się wraz z granicami mieszkania, lecz zupełnie to jej nie przeszkadzało i nigdy nie zastanawiała się co właściwie znajduje się za tymi wielkimi drewnianym drzwiami za którymi lata temu na całe godziny znikał Starszy Pan i gdy wracał był z reguły bardzo zdenerwowany. Nigdy nie interesował jej wielki świat, wolała zacisze swojego mieszkania, o ludziach z zewnątrz myślała niechętnie, pomna na to co mówił staruszek:

„Tam na dole, Matyldo, też jest życie, może nawet i bogatsze, ale bagno i brud o niebo większe niż tu, w zacisznej samotni, tam zła i niechętna niczemu tłuszcza spędza cały czas jakim dysponuje mordując się wzajemnie, zdradzając, kradnąc i oszukując, czyniąc rzeczy złe i plugawe, a serca ich są zakurzone i brudne, z pokolenia na pokolenie żyją w ten sposób degenerując się powoli lecz nieubłaganie, a życie ich jest podłe i jałowe. Nie ma tam szczęścia. Z kurzu powstali i w kurz się obrócą.”

Ma~76 była samobieżnym odkurzaczem, wyposażonym przez matkę fabrykę w rozmaite ssawki, turboszczotki, szmatki i całą gamę bardzo skutecznych pucowałek i końcówek polerujących – wszystko to dwie dekady temu z całą pewnością musiało zapierać dech w piersiach każdej nowoczesnej pani domu, lecz dziś Matylda była już stara, często targały nią ataki kaszlu, w czasie których z jej chorego wnętrza unosiły się obłoki roztoczy, ciążył jej od dawna nieopróżniany pojemnik na paproszki, a małe spalinowe serce pracowało nierówno, prychając to błękitnym, to czarnym obłoczkiem, ale wciąż starała się dbać o powierzone jej powierzchnie.

Odkąd dziewięć i pół roku temu Starszy Pan potknął się i upadł, uprzednio wyrżnąwszy z impetem głową o kant masywnego stołu, wydając z siebie głuche i ostatnie stęknięcie, nie widziała nikogo więcej, żyła sobie całkiem sama i nie przykładała się do odkurzania tak dokładnie jak wtedy gdy wiedziała, że ktoś będzie cieszyć się z wyników jej pracy, przestało jej zależeć na dokładności, a coraz bardziej rozregulowane algorytmy sprawiały, że pobieżnie jedynie odkurzała wytarte dywany, ospale wywijała potem szmatką próbując zetrzeć kurz z biblioteczki, ostrożna i dokładna była jedynie przy kryształowej karafce z resztką ulubionej przez Starszego Pana pigwówki, której nie zdążył przed niefortunnym upadkiem wypić, nawiasem mówiąc, karafka ta była ostatnią rzeczą z kredensu której Matylda jeszcze nie potłukła swymi rozregulowanymi chwytakami, a po wykonaniu tych zaprogramowanych czynności, po każdym cyklu sprzątalniczym ostatni kwadrans poświęcała odkurzając, polerując i pucując czaszkę zmarłego właściciela, czesząc chwytakiem do ściereczek w wymyślne zakrętasy te resztki jego włosów, które jeszcze jakimś cudem trzymały się żółtej kości. Robiła to bo chciała żeby Starszy Pan ładnie wyglądał a także dlatego, że go po prostu lubiła. Po zakończeniu tych czynności siadała ze szklaneczką benzyny w starym, wygniecionym, lecz niezwykle wygodnym fotelu, stojącym obok wielkiej donicy z resztkami wybujałej niegdyś palmy, dziś już tylko suchym brązowym wiórem, rachitycznymi łamańcami wznoszącym się z suchej jak pieprz ziemi i przeglądała ciągle ten sam stary katalog ze sprzętem AGD, w którym były zdjęcia jej przodków. Potem zasypiała, a wtedy, gdy w mieszkaniu ustał już wszelki ruch, na jej powierzchni coraz śmielej siadały wszędobylskie drobinki kurzu.

~

pradziadek odkurzacz

Pracownia

pracowniaDziadek bardzo się denerwował gdy mu przeszkadzano, dlatego nikomu nie wolno było wchodzić do jego pracowni gdzie zamykał się by jak mówił „przemyśleć pewną koncepcję”, a chłopiec zawsze zastanawiał się nad dziwnymi dźwiękami, które wtedy dobiegały zza zamkniętych drzwi. KLIK!

Lotnicza

W nieistniejącej już dziś restauracji „Lotnicza”, w której, gdy żył jeszcze, często zaniedbując rodzinne zobowiązania, lubił bywać mój dziadek przysparzając bytnością swoją w tym przeklętym miejscu kolejnych siwych włosów swej umęczonej jego rozbuchaną arcyosobą żonie, a mej dziś już imponująco stareńkiej babuni, w restauracji tej zatem, w każdy czwartek odbywały się rutynowe ćwiczenia na wypadek wizyty znienawidzonego w punktach gastronomicznych Rudy Pabianickiej obcego najeźdźcy zwanego tu sanepidem, i w pewien z takich właśnie czwartków, gdy jako dziecko, w kusych, nadzwyczaj często łatanych maminą ręką spodenkach, podczas jednej z mych indiańskich przepraw przekradałem się z własnoręcznie struganą procą przez cudze posesje i gdy przypadkiem tropy doprowadziły mnie na tyły wyżej wymienionej „Lotniczej” z kuchennych okien tejże speluny wychodzących na zaniedbany ogród, przez który akurat podążałem śladem wrogich bladych twarzy, ogród z ogromnym starym krzewem bzu chylącym się pod masą podbiegłego niezdrową sinością i zwiastującego rychłą burzę kwiecia, prosto w moją rumianą i pomalowaną w wojenne barwy dziecięcą twarz bluzgnęły mi salwy wulgarnego, dorosłego rechotu – wiedziony dziecięcą ciekawością wkrótce poznałem przyczyny rozwiązłego śmiechu – to załoga wyszynku nie mogła się opanować widząc nieporadne starania nowego kuchcika próbującego na hasło „sanepid!” ukryć nieświeże sandacze mięso pod fartuchem pyzatej, miotającej najgorsze przekleństwa sprzątaczki. Na widok ten spiekłem takiego raka, że już nigdy więcej nawet nie myślałem by bawić się w czerwonoskórych, co wkrótce skończyło się wykluczeniem mnie z niewielkiej społeczności rówieśników z mego podwórka.

Ona

Odkąd człowiek stał się zwierzęciem rozumnym zawsze pragnął wznieść się w przestworza, i uparcie, przez całe wieki podejmował niezliczoną ilość prób stworzenia machiny zdolnej oderwać się od ziemi, a podczas prób tych wielokrotnie uciekał się do pomocy naszych braci mniejszych, którzy często pełnili wtedy rolę pilotów testowych, rzadziej asystentów lub doradców a już zupełnie rzadko role do których tak bardzo przywykli na skutek procesu zwanego „udomowieniem”.


19 września 1783, zdarzenie pierwsze (To najstarsze)

Jednymi z pierwszych ludzi, którym udało się przezwyciężyć przyciąganie ziemskie byli bracia Montgolfier, których wynalazek – gondolfiera, ogromny pękaty worek wypełniony ogrzanym aerium – została wyniesiona ku niebu w 1783 roku. Załogą pierwszego udanego lotu była owca, kaczka i kogut. Lot ten był zaledwie początkiem pięknej i ekscytującej historii podniebnych podróży załogowych, a gdy w końcu opanowano już poruszanie się w powietrzu w stopniu doskonałym, wynajdując kolejno sterowce a potem coraz to lepsze i nowocześniejsze samoloty, przyszedł czas na kolejny krok – tym razem ku samym gwiazdom.

4 października 1957, zdarzenie drugie (To najmniej dla historii istotne)

Pierwsze próby podboju kosmosu, walka z siłą przyciągania Matki Ziemi i wreszcie udane wyniesienie martwego żelastwa na wysokość dostępną dotychczas jedynie bogom niewątpliwie musiały być ogromnym wysiłkiem dla ludzkości, ale ponownie cel został osiągnięty – na orbicie ziemskiej znalazło się pierwsze urządzenie wykonane ludzką ręką – Sputnik 1. Wydarzenie to odnotowała na pierwszej stronie każda gazeta, radio wciąż powtarzało słowo „sputnik”, jakby coś się w nim zacięło, podekscytowane dzieci śniły po nocach czarno-białym obrazem, pędziły z zaciśniętymi z emocji piąstkami przez gwiazdy, dorośli więcej niż dotychczas myśleli o samotności i nieskończonej pustce, a po niebie, przez jakiś czas, krążyła nowa, sztuczna gwiazdka wydając trzy razy w ciągu sekundy radiowe piknięcie. Na jej pokładzie nie umieszczono niczego żywego, ale był tam jeden pasażer na gapę – przypadkowo do wnętrza machiny dostał się dorodny okaz muchy (Musca domestica), lecz jako że nie było to zamierzone i nikt w centrum dowodzenia o samowolnej musze nie wiedział nie będziemy więcej o tym pisać – dla nauki lot ten pozostał lotem bezzałogowym.

3 listopada 1957, zdarzenie trzecie (To kluczowe)

Zaledwie sto siedemdziesiąt cztery lata później po wyczynie braci Montgolfier i tylko miesiąc później w ślady pierwszego sputnika poszedł, a raczej poleciał Sputnik 2, i ten w odróżnieniu od poprzednika od początku nie miał być pojazdem bezzałogowym –załoga była mniej liczna niż w 1783, bo na jego pokładzie była tylko ONA, samotna w przestrzeni – Łajka, mały piesek, zrekrutowany wprost z moskiewskiej ulicy.

Delikatna, krucha i piękna w całym majestacie swej kundelkowatej brzydoty Łajka siedziała zamknięta w pozornie bezpiecznej skorupce maszyny, kurczowo trzymając lewą łapkę na dźwigni podajnika karmy, a prawą bezwiednie kręciła gałką radia, wydobywając tym z głośnika symfonię szumów i szereg kakofonicznych etiud. Leciała przez granatową czerń, lecz mimo szeroko otwartych oczu nie podziwiała widoków, którymi później mieli zachwycać się jej ludzcy następcy, w jej źrenicach pędziły odbicia gwiazd, ale ona patrząc na nie – ich nie widziała. Przed jej oczami pędziły równie szybko jak gwiazdy – wspomnienia. Niewielka kabina wypełniła się zapachem stresu, małe serce biło coraz szybciej i szybciej, zacząło robić się wprost nieznośnie gorąco, aż w końcu po zaledwie kilku godzinach lotu Łajka przeszła na drugą stronę. Dokąd odeszła? Podobno wszystkie psy idą do nieba, ale Ona nie mogła tego zrobić, bo już przecież tam była.

lajka

29 lutego 1972, zdarzenie czwarte (To najmniej prawdopodobne)

We wtorkowy poranek 29 lutego, jakieś 40 minut po otwarciu biblioteki przy ulicy Rudzkiej gdzie chyba już od tygodnia trwała wystawa „Człowiek w kosmosie”, na której pokazywano między innymi zdjęcia Jurija Gagarina, Walentiny Tierieszkowej, załogi Apollo 11, Łajki o której przed momentem czytaliśmy, oraz tekturowe modele rakiet i satelit, uchyliły się drzwi i w progu stanął siwy mężczyzna, trzymający na rękach starego, pokasłującego psa. Oczy zwierzęcia kryły się za bielmem, sierść tu i ówdzie wyliniała, widać było że jego najlepsze czasy dawno minęły. Minęli zdjęcia astronautów i zatrzymali się przy zdjęciu Łajki. Mężczyzna cicho nucił melodię „Space oddity”, natomiast pies obwąchał zdjęcie i zasalutował, po czym zza pazuchy wyjął sfatygowanego goździka, którego położył przy fotografii. Po chwili wyszli. Widziałem to tylko ja, ale miałem wtedy zaledwie cztery lata i nikt mi w tę historię nie uwierzył, a dziś sam już nie jestem pewien czy nie jest to jedno z wielu fałszywych wspomnień, które coraz częściej uporczywie mnie nękają.

(Waldemar Titow, Animalia kosmiczne, Łódź 2003, PWN)

~

- Och, mój drogi ordynatorze, doprawdy wprost przewyborne są te pigułki, którymi jestem tu tak obficie raczony przed, po i w trakcie posiłków, a w szczególności do gustu przypadły mi, muszę przyznać, te biało-zielone, a więc dziś, gdy czuję się po nich znacznie lepiej niż przed rozpoczęciem tej spektakularnej terapii, nie omieszkam wykorzystać tej sytuacji by nie wydać moim żołnierzom kilku rozkazów, a być może pokuszę się także o próbę ucieczki z tego miejsca!

- Sanitariusz, 50 mg owsianki!! Szybko!

[szarpanina, okrzyki]prozac

(Napoleon Bonaparte (1956 – 2008), Cesarz Francji i pacjent kliniki psychiatrycznej „Elba”, leczenie: elektrowstrząsy, owsianka, prozac, gimnastyka)

 

Bezroditielnik

Projekt autonomicznego wózka dziecięcego o napędzie spalinowym – model „Bezroditielnik”, rok 1946

Konstruktorem wózka był Stanisław Ilczenko (1905 – 1968), mieszkaniec Rudy Pabianickiej.

Zamysłem wynalazcy było stworzenie wózka przeznaczonego dla sierot, których rodzice zginęli w czasach II wojny światowej. Urządzenie nigdy nie było produkowane seryjnie, działający prototyp zaginął w roku 1976.

KLIK!

Nadejście nowego lasu

O wszystkim dowiedział się, gdy w miesięczniku dla leśniczych przeczytał artykuł „Przyszłość fauny leśnej w obliczu rozwoju przemysłu precyzyjnego i jego potrzeb. Nowe rynki zbytu” – jak obliczył zmiany, o których pisano, miały nadejść już całkiem niedługo, dlatego nie spał od kilku dni i czekał: czekał stojąc w oknie na poddaszu, czekał starając się przebić wzrokiem ciemność lasu, z której czasem słychać było dźwięki świadczące o tym, że jakiemuś futrzastemu stworzonku tak strasznie, okropnie się nie udało, za to jakieś inne, większe, szybsze i wyposażone w ostrzejsze kły i pazury spać będzie spokojne i syte. Takie dźwięki jednak znał i to nie one go interesowały, starał się wychwycić wszystkie inne, nowe, nieznane, świadczące o tym, że nadchodzi to, z czym nie mógł się pogodzić i czemu miał zamiar stawić opór. Oczywiście, że się bał, zmiany zawsze są przerażające, ale właśnie dlatego był wyjątkowo zdeterminowany by powstrzymać to całe szaleństwo, chciał zachować stary porządek rzeczy. Czekał przygotowując się psychicznie na nieuniknione: a to prowadząc pełne ciepła i zrozumienia rozmowy z rodziną, nie jedząc po osiemnastej, i trzy razy dziennie (po każdym myciu zębów) dokładnie i z namaszczeniem czyszcząc broń palną i ćwicząc strzelanie do rzutek.

Trzy dni później doczekał się. Stało się. Przyszło. W czwartek. I oczywiście nad ranem. Takie rzeczy zawsze dzieją się nad ranem. Usłyszał odległy jeszcze trzask drzew, głuche nawoływania, narastające wycie zwierząt i całe spektrum nowych, dziwnych dźwięków.

- A więc zaczęło się – pomyślał

Roztrzęsionymi rękami próbował nabić broń ale rozsypał naboje, które złośliwie potoczyły się po podłodze, zdenerwowany próbował je podnieść, lecz tylko wkopnął je głęboko pod łóżko – próbując na klęczkach sięgnąć po nie, pociągnął niechcąco za kabel i stłukł lampkę, zdusił w krtani bardzo wulgarne słowo, po czym cisnął nieużyteczny już sztucer w kąt pokoju.

- Oczywiście, jak zwykle, spieprzyłem to – powiedział cichutko do siebie.

Następnie okropnie i bardzo, ale to bardzo brzydko spanikował i zajęło mu TO chwilę - ochłonął dopiero na widok patrzących na niego w milczeniu żony i córek, które nie wiadomo kiedy weszły do pokoju.

Podeszli wszyscy do okna, by po chwili zobaczyć w świetle księżyca uciekające z lasu oszalałe zwierzęta: na przedzie zataczał się zdezorientowany niedźwiedź z  plączącymi mu się pod nogami skaczącymi jak pchły szarakami, potem szarpały się dwa lisy splątane kitami zmuszone tym samym do ciągłych prób zgodnej współpracy w biegu, nietypowo, bo nieco z boku biegła zdyszana wilcza wataha, na czele z wielką waderą trzymającą w pysku pęk szarych, kwilących szczeniąt, za nimi ławice kun kłębiły się wspólnie z wijącymi się węgorzowato łasicami, następnie przebierające małymi nóżkami uciekały najszybciej jak się tylko dało nastroszone igłami i strachem jeże, kolejne były oślepione przerażeniem głucho gulgoczące głuszce zderzające się co rusz ze sobą z głuchym plaśnięciem, jakby ktoś klasnął o siebie dwoma pustymi termoforami a na końcu zauważyli trzy wiewiórki – te o dziwo szły spokojnie, ruchy miały oszczędne i jakby wyliczone zawczasu, poruszały się bez zwykłej dla nich nerwowości i roztrzepania, szły spokojne równym rzędem i właściwie wyglądało to tak jakby cała zwierzyna uciekała właśnie przed nimi.

Gdy cała czereda zakręciła na końcu polany, tam gdzie sięgało światło palące się na ganku leśniczówki, zobaczył i nagle pojął co się stało. Wiewiórki były forpocztą nadchodzących zmian, zwiastunem NOWEGO lasu – każda z nich miała wystający z pleców, mosiężny, wolno obracający się kluczyk – były sztuczne, nakręcane, wypełnione po brzegi przekładniami, sprężynami i tym ohydnym i nie do zniesienia szmerem setek małych, zębatych kółek. Wiewiórki przystanęły na chwilę i sprawnie ponakręcały się nawzajem.

Za późno. Już po wszystkim. To koniec – przemknęło mu przez głowę

Nadejście nowego lasu

~

Rano las był już spokojny. Wszyscy mieszkańcy lasu zostali wymienieni na nowych – całkowicie mechanicznych i  nakręcanych. Stare zwierzęta, już niepotrzebne – i fakt, o wiele bardziej awaryjne, zostały ostatecznie wyłapane gdy było już zupełnie widno – i teraz każde z nich, ze spuszczoną głową, nie rozmawiając ze sobą, jechało w nieznane furgonetką z napisem: „Taksydermia. Jan Wypych i syn

I tylko jedna najmniejsza i najbardziej niepozorna z kun zdołała umknąć z pogromu i skryła się na terenie leśniczówki, gdzie żyje do dziś dzień udając małego psa. I trzeba uczciwie przyznać, że całkiem dobrze jej to idzie.

Trzeciorodny

Przyszedłem na świat siedemdziesiąt pięć lat temu podczas podobno wyjątkowo mroźnej nocy, samego momentu narodzin oczywiście nie pamiętam, co jest jak sądzę zupełnie normalne, bo chyba nikt nie pamięta czegoś takiego, ale gdy już trochę podrosłem w pamięci mojej trwale i boleśnie poczęło ryć się wszystko, każdy, najmniej nawet istotny szczegół płynących wokół mnie zdarzeń – daty, twarze, nazwiska, pogoda, kolory, dźwięki, obrazy na drugim i trzecim planie, rejestracje samochodowe, godziny i treść słuchanych audycji, jednym słowem WSZYSTKO. Nie zdawałem sobie sprawy ze swojej wyjątkowości, byłem wręcz przekonany, że u każdego działa to tak samo, dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że Bóg obdarzył mnie pamięcią godną największych sawantów tego świata, nie zabierając mi jednak, tak jak im, nic w zamian. Umiejętność ta pozwoliła mi zapamiętać historię, którą opowiedział mi mój ojciec gdy miałem zaledwie cztery lata – nie rozumiałem jej wtedy, ale mogłem już bezrozumnie przechować ją w pamięci do czasu gdy dorosłem na tyle by pojąć to co usłyszałem.

Matka moja, według opowieści taty, w stanie błogosławionym czuła się bardzo dobrze, zaokrąglała się z umiarem i w odpowiednim tempie, humory jej się nie imały, wszystko przebiegało wręcz podręcznikowo, męczyły ją typowe dla ciężarnych zachcianki, kilka razy podobno nagle naszła ją ochota na świeżą, wysokooktanową gazolinę – zachciankę tę oczywiście spełnić musiał mój ojciec – w środku nocy wsiadał na skrzypiący rower i z kanistrem jechał na oddaloną o 4 km stację benzynową, przy czym od razu na stacji, płacąc za paliwo, dodatkowo kupował kostki lodu, którymi jeszcze przy kasie przyprawiał aromatyczną, palną, tęczową po rozlaniu ciecz i nie mieszał jej, nie wstrząsał, nie kręcił kanistrem jak jakaś karuzela! Niczym cyklop zerkał przez wlew kanistra czy lodu wsypał wystarczająco dużo, a potem… wyboista droga powrotna wyręczała go z barmańskich powinności – sposób ten na schłodzenie trunku był bardzo skuteczny choć mało widowiskowy (szczególnie dla certyfikowanych barmanów).

Po rozwiązaniu… cóż… gdybym wiedział, jak to wszystko wygląda po drugiej stronie, raczej bym się nie zdecydował, prędzej okręciłbym szyję co najmniej kilka razy pępowiną i powoli odszedłbym sobie gdzieś daleko i na zawsze wśród wygodnych, bezpiecznych i mięsistych falbanek macicy. W każdym bądź razie nie wiedziałem wtedy nic o zewnętrznym świecie i najwyraźniej spieszyło mi się i to bardzo! W trakcie zwykłej wieczornej rozmowy moich rodziców, ojciec wspominał, że akurat rozmawiali wtedy o kursach ropy naftowej i innych paliw kopalnych, matka nagle poczuła się gorzej, przestała słuchać, osunęła się na fotel, ten sam na którym siedzę teraz ja, i nerwowo łapiąc powietrze otworzyła szeroko usta… i wtedy tata po raz pierwszy mnie usłyszał, a najbardziej zdziwiło go to że porodowy krzyk mojej matki zlał się w jedno z moim pierwszym płaczem – i dźwięków tych nie sposób było od siebie rozdzielić, gdyż dochodziły z tego samego miejsca. Okazało się, że nie był to typowy poród i w odróżnieniu od innych dzieci Ja po prostu podszedłem własnej matce do gardła.

Myślę że prawdopodobnie właśnie za to Mama moja nigdy mnie nie lubiła, nie okazywała tego oczywiście wprost, była zbyt dobrze wychowana, wyraźnie mówiła „ą” i „ę”, kołnierzyk zawsze miałem wyprany, ale gdy byłem starszy, kilka razy zauważyłem kątem oka, że gdy pojawiałem się w jej pobliżu dyskretnie spluwała trzy razy przez lewe ramię, a kanapki, w odróżnieniu od dwójki starszego rodzeństwa, zawsze dostawałem bez masła.

(Tadeusz Dzik-Jerżyński, Popioły Rudy, Łódź 1988, PWN, s. 69)

Papryka

140828-szum_neru

Hodowcy papryki szklarniowej z Rudy Pabianickiej zwrócili się do lokalnej gazety „Szum Neru” z prośbą o pomoc w wypromowaniu akcji społecznej „LECZO DZIECIOM” mającej na celu zwrócenie uwagi mieszkańców miasta na problem niedożywienia łódzkich dzieci papryką.

~

„W tej chwili nie mogę wrzeszczeć i was zastraszać bo przyklejam te cholerne literki wycięte z gazet, ale przeczytajcie mnie uważnie, bo nie mam zamiaru się powtarzać: za dwieście złotych nie będę was szantażował, pieprzone łajdaki!!”

(fragment anonimowego listu, dołączonego jako dowód w sprawie Mariusza M. pseud. „Witek”)

Atrament

Jak zawsze o tej porze roku, poranki były chłodne i dżdżyste, a listopadowe mgły leniwie snuły się ulicami klejąc się do fabrycznych budynków. Dzielnica przemysłowa i okolice portu w niedziele pozostawały zwykle miejscem cichym i opustoszałym, ale ten akurat dzień, wolny przecież od pracy, był zupełnie inny – mimo wczesnej pory fabryczne uliczki wypełniały się szybko grupkami robotników ubranych w granatowe, fabryczne kombinezony, tłum ten, choć jeszcze zaspany, przejawiał pewną nerwowość, grupki ludzi przelewały się, mieszały ze sobą, słychać było podniesione głosy, nad głowami zebranych unosił się charakterystyczny zapach dymu papierosowego, który łączył się z mgłą czyniąc ją jeszcze cięższą i bardziej duszącą.

Powodem zgromadzenia była wieść o katastrofie największego bałtyckiego kałamarnicowca i dwóch eskortujących go drobnoatramentowców. Była to bardzo zła wiadomość – w tamtych niepewnych, powojennych czasach każda przerwa w dostawie czarnej surowicy wyciskanej z kałamarnic mogła zachwiać dopiero co odradzającą się po wojennej pożodze, jedyną w tym rejonie kraju fabryką atramentu, i zepchnąć ją na sam dół biznesowych piekieł, prosto w przerażającą czeluść utraty płynności finansowej i rynkowy niebyt, tam gdzie nie ma już nic, i gdzie nikt nie wyciągnie pomocnego czeku i nie wesprze cierpiących ciepłym i szczerym przelewem.

Właśnie dlatego gdy w poniedziałkowy ranek robotnicy szli do fabryki byli bardziej smutni i granatowi niż zwykle, ale z tego samego powodu nie chcąc kusić losu i denerwować kierownika zmiany, byli bardziej niż zwykle punktualni. Bali się zwolnień, bali się upadku fabryki i niepewnej przyszłości. Podbiwszy karty szli gęsiego ażurową klatką schodową do wydziału kałamarnic gdzie pobierali z magazynu wydawane przez starszego stalówkowego, być może ostatnie już blaszane kanki pełne wściekle czarnej surowicy, z której w ciągu dnia ciągnąc i mnąc, dusząc i tłukąc, łupiąc, mlaszcząc i wałkując wytaczali kroplę za kroplą, kałamarz za kałamarzem, czarny jak smoła i aromatyczny jak najlepszy tytoń atrament.

kałamarz

Zwykli robotnicy oczywiście starali się dać z siebie wszystko, ale trzeba wiedzieć, że tylko zarząd i niezwykle starannie wyszkolone kierownictwo rozumiało z czym wkrótce całe przedsiębiorstwo będzie musiało się zmierzyć, i tylko dzięki wyjątkowo spektakularnej burzy mózgów jaką odbyto w specjalnie wytłumionej sali udało się opracować szereg procedur ratunkowych – jak pokazał czas, niezwykle skutecznych.

Dzięki śmiałym wizjom tamtych bohaterów katastrofa atramentowej floty okazała się być początkiem wielkiego sukcesu i rozkwitu całej branży – i wkrótce, wbrew wcześniejszym obawom rozpoczęła się złota epoka inkaustu. Kilka lat później bałtycka flota została odbudowana, jeszcze większa i dumniejsza niż wcześniej, mury fabryk pięły się ku niebu i wkrótce doszło do tego, że pisanie żelowymi długopisami, ołówkami i tym podobnymi żenującymi rzeczami zaczęto uważać za przejaw złego gustu, takie nawyki powodowały społeczny ostracyzm, a co bardziej uparci staropiszący musieli liczyć się z tym, że ich domostwa zostaną obrzucone kałamarzami, a w kilku przypadkach z tym, że w mrocznym zaułku dostaną stalówką pod żebro.

Dokładnie dekadę później na światowych giełdach akcje przedsiębiorstw atramentowych deptały po piętach indeksom złota i waniliowych samorodków.

(„Historia przyborów piśmienniczych”, 1992,  nowodruk znaleziony w przepastnych archiwach głównej biblioteki Rudy)

 

Trofeum

[.]

Starego Hirscha poznałem już kilka ładnych lat temu. Nie zostaliśmy sobie przedstawieni – na początku znaliśmy się więc tylko z widzenia, po prostu co tydzień, o ile aura była sprzyjająca, spotykaliśmy się na rybach – zupełnie przypadkiem nasze ulubione miejsca do wędkowania były położone tuż obok siebie. Siadywaliśmy więc nad jeziorem, na tyle niedaleko żeby sobie nie przeszkadzać, w milczeniu wpatrując się w spławiki, aż wreszcie któregoś dnia ta cicha nasza znajomość przerwana została zdawkową, zupełnie nieistotną rozmową, a kilkadziesiąt takich rozmów później któraś z nich okazała się być zalążkiem prawdziwej, wieloletniej i wartościowej przyjaźni. Na początku nie rozmawialiśmy każdego tygodnia, pogawędki nasze nie były częste i toczyły się bardzo niespiesznie – wtedy obaj sądziliśmy jeszcze, że czas jest po naszej stronie, że upływ jego nie ma zbyt dużego dla nas znaczenia. I tak to trwało przez jakiś czas, a potem, gdy poznaliśmy się już naprawdę bardzo dobrze – ja, wtedy rozpoczynający dopiero karierę urzędnik w departamencie do spraw nieczystych sumień i On – uznany zegarmistrz miejski specjalizujący się w naprawach wskazówek sekundowych – nadszedł taki dzień, gdy siedząc na brzegu mętnego jeziora, mogliśmy powiedzieć sobie już prawie wszystko, tylko dotychczas po prostu zwykle nam się nie chciało, stary Hirsch odłożył wędkę i opowiedział mi o swoim największym wędkarskim sukcesie.

[..]

Najważniejszą rybą jakże mi bliskiego Hirscha był pewien szczupak, niby nic w tamtych czasach niezwykłego, wszak okoliczne wody wprost roiły się wtedy od tych właśnie ryb – ale tamten szczupak z jego opowieści był naprawdę wyjątkowy. Walka z nim trwała długo, Hirsch zapamiętale to nawijał żyłkę, to ją popuszczał – i tak przez bite pięćdziesiąt trzy i pół godziny, nie jedząc, nie pijąc i nie wypróżniając się – a gdy wreszcie zdyszany, blady, z podkrążonymi oczami i twardymi jak kamień trzewiami wyciągnął w końcu łuskowatego potwora na brzeg, wtedy oniemiał –zobaczył naprawdę ogromną rybę, wiekową, o wiele większą i starszą niż jakikolwiek inny szczupak, którego widział i o którym słyszał! Co więcej, musiała on być według opowieści Hirscha niemalże szczupaczym Matuzalemem! – ryba była bowiem tak stara, że jej głowę porastał gruby, soczyście zielony mech, i była też tak duża, że na tej głowie, wśród wilgotnych ogrodów leniwie pasła się świnia. Znać było, że świnia ta nie pasła się tam od niedawna… Jedno oko miała całkowicie zakryte bielmem, ciało jej porośnięte było wrośniętymi skorupiakami i rozmaitą florą wodną, wolne jeszcze fragmenty niegdyś różowej skory były ohydnie pomarszczone od wilgoci. w mchu po którym stąpała widać było pracowicie wydeptane świńskimi nóżkami stare ścieżki. Gdy Hirsch oglądał zdobycz, szczupak przemówił a jego ostatnie słowa brzmiały: „Ego nihil timeo, quia nihil habeo”. Mówiąc to szczupak przyklęknął na jednej płetwie, schylił omszały łeb i wyzionął ducha a wtedy świnia zstąpiła z niego i nie oglądając się poszła z powrotem w kierunku tafli wody i kwicząc żałobnie zniknęła w toni jeziora, a jedynym śladem po jej niedawnej obecności były różowe, pokryte szczeciną bąbelki co rusz burzące powierzchnię wody. Sam szczupak został natomiast wypreparowany i wisiał przez długie lata w holu urzędu miejskiego przy ulicy Rudzkiej, aż wreszcie w latach siedemdziesiątych sparciał całkowicie, stracił fason i został wywieziony na pobliskie śmietnisko, gdzie zajęły się nim dzikie koty.

szczupak

[...]

Zdaję sobie sprawę, jak bardzo nieprawdopodobnie brzmi ta opowieść, wiem też, że wędkarze czasami, a właściwie to nawet całkiem często potrafią przesadzać i ubarwiać swoje wyczyny i sukcesy, ale myślę, że mój przyjaciel nie kłamał, nie miał powodu by to robić – zawsze byliśmy przecież ze sobą szczerzy.

I wiecie co jeszcze? – gdy mi to opowiadał ani na moment nie uciekał w bok wzrokiem, cały czas patrzył mi w oczy – jak więc mógłby nie mówić mi prawdy? – i właśnie dlatego – będąc pewnym prawdziwości jego opowieści, nie boję się, że przytaczając wam jego wędkarską przygodę narażę się na śmieszność i zarzuty o rozsiewanie plotek, nieuczciwość i łatwowierność, o wędkarskie banialuki, tak – nie boję się! Ręczę za mojego przyjaciela! Jeżeli tak mówił – tak być musiało…

…a o mojej najważniejszej rybie opowiem Wam już innym razem.